Autostopowa wyprawa na Monte Cassino

Wstęp

Gorące lato i nieudane plany. Tak w skrócie można nazwać kolejną podróż, którą miałem okazję popełnić.

Zaczęło się od nieudanego planu pokonania pewnej trasy rowerem. Plan był prosty – wysłać rower kurierem do Chorwacji, do Chorwacji dojechać autostopem, a następnie wrócić na rowerze do Polski (spełniając przy okazji jedno z marzeń – czyli rowerem wzdłuż wybrzeża Adriatyku). Pech chciał, że jadąc po sakwy na rower z Gliwic do Wrocławia rowerem (ok 170km) nadwyrężyłem sobie ścięgno Achillesa. Żeby było zabawniej tego dnia wiał nieustannie wiatr z prędkością ok 40km/h w porywach do 90. Oczywiście wiatr był w zmowie przeciwko mnie i wiał mi cały czas prosto w twarz. Następnego dnia wróciłem pokonując tylko 80km co było błędem, ale… dobrze że przynajmniej coś mnie tknęło, żeby wsiąść w pociąg, bo jak się później okazało, mogłem się pozbawić opcji „działająca noga” na długi czas.

Naturalnie nie widziało mi się siedzenie całe wakacje w domu, dlatego skorzystałem z propozycji kumpla, żeby pojechać na Monte Cassino. I tak zaczęła się ta barwna opowieść…

Zaskoczony

Początkowe plany wyjazdu zmieniały się z dnia na dzień. Ostatecznie do Włoch pojechałem sam i… dotarłem jednym pojazdem. W dodatku byłem kierowcą! Tak… Żeby się za bardzo nie przemęczać skorzystałem z okazji, że rodzice jechali na wakacje do Włoch.

To był mój trzeci raz we Włoszech, mimo to ten kraj nie przestaje mnie zaskakiwać. Tym razem zaskoczył mnie podczas bycia kierowcą.

Jechałem autostradą bez większych przerw. Jedyne przerwy jakie były to te „na sika”[1].

1
Widoki na postojach

Tabliczka „Włochy witają” została minięta niespełna godzinę temu. Autostrada kontynuuje zabawę w chowanego co chwilę kryjąc się za zakrętem lub chowając się w wielkiej górze. Jak widać autostrada była już znudzona tą zabawą, bo między jednym zakrętem a mostem został postawiony szereg znaków: ograniczenie do: 100km/h, 80, 60…. 40…. Wszystko za sprawą odchudzania się autostrady co skutkowało wystąpieniem jednego pasa ruchu.

Mimo to, droga była szeroka i ograniczenie do 40 wydawało się całkiem głupim ograniczeniem. Postanowiłem je zignorować, mimo czujnego oka mojego ojca i czujnych ust, które mówiły mi, że jesteśmy w obcym kraju i że mandaty w euro kosztują więcej…

Jadę w najlepsze zwalniając tylko do 80km/h aż nagle widzę w lusterku karabinierów[2]. Od razu zwolniłem do 40 i jadę…

Jadę…

Jaaaaaaadę….

I jeszcze jaeeeeeedęęęęęęęęę………………

A oni za mną jadą…

Jadą…

Jaaaaaaaadą….

I jeszcze jaaaaaaaadąąąąąąąą……………..

Po paru minutach takiej jazdy na dosłownie 200m pojawił się pas awaryjny. Patrzę w lusterko a ich nie ma. Znikli jak czarodziej wykonujący swój pokazowy numer. I nie było to zniknięcie w przepaść, która była pod nami. Było to zniknięcie w martwy punkt moich lusterek. W tym momencie wyprzedzali mnie pasem awaryjnym z prawej strony. Niewiele się  zastanawiając dodałem gazu, ale nie udało mi się już dogonić policji. Skoro policja sama nie stosuje się do tych ograniczeń to coś jest na rzeczy…

Niesforne tabliczki

Przed wyjazdem zostałem poproszony przez rodziców, o znalezienie jakiegoś miejsca noclegowego. Wypisałem sobie wszystko na kartce i.. zapomniałem ją w domu. Więc na miejscu trzeba było coś ogarnąć.

Fusina! Byłem tam dwa miesiące temu. Tam powinno być względnie tanie spanie.

O ile idea dotarcia do campingu przyszła łatwo, o tyle sam dojazd nie należał do łatwych zadań.

Nawet GPS zdurniał próbując doprowadzić mnie do tego miejsca a Włochów, mówiących po angielsku, można szukać ze świeczką więc wskazywanie drogi odbywało się na migi, ale i to niewiele dało. Na niedomiar złego, co chwilę mijaliśmy tabliczki wskazujące drogę, ale… za każdym razem wyjeżdżaliśmy poza miasto… Wyglądało to, jakby ktoś z premedytacją postawił tam tabliczki z nazwą „Camping Fusina” i ustawił strzałkę w kompletnie przeciwnym kierunku. Wszystko to by usłyszeć, że trzeba rezerwować przez internet i to najwcześniej „na jutro”…

DCIM100MEDIA
Samostrzałka
3
Wejście na kamping

Miejsce spotkania

Gdy już znaleźliśmy odpowiednie miejsce do spania, wziąłem prysznic na poletku rodziców i ruszyłem autobusem do Padwy, gdyż tam mieliśmy się spotkać z resztą znajomych.

Była nas siódemka. Oczywiście podczas przemieszczania się byliśmy podzieleni na mniejsze grupki. Ogólnie nie było większego problemu ze wspólnym spotykaniem się w umówionych miejscach pod koniec dnia. Muszę przyznać, że początkowo podchodziłem sceptycznie do tak licznej grupy – w końcu to autostop.

5
Dworzec w Padwie

Wysiadłem z autobusu na jakimś dużym dworcu i spojrzałem na GPSa. 8km do centrum Padwy. A to znaczy, że źle wysiadłem… Zawiedziony pokręciłem się po okolicy w celu ustalenia, w którą stronę mam iść. Plany przejścia 8km odstawiłem na bok i za radą odzywającego się ścięgna zacząłem szukać autobusu do centrum. Pytam ludzi a tam nikt nie rozumie po angielsku. W końcu znalazłem! Gościu z Filipin. Przy okazji objaśnienia mi, którym autobusem dostać się do centrum, pogadaliśmy o wszystkim i o niczym. Zeszło tak z godzinkę. Ponarzekaliśmy na rządy naszych krajów (bo jakże by inaczej), wymieniliśmy się numerami i rozeszliśmy się w swoje strony.

***

-Dzień dobry. Chcę kupić jeden bilet do Padwy. Jestem studentem jeśli ma to jakieś znaczenie.
-To nie jest kraj dla studentów. Bilety mają jedną cenę. – odpowiedział mi z uśmiechem na ustach kasjer

Autobus nie przyjechał za to 20m dalej był tramwaj.

Okazało się, że do centrum dojechałem tramwajem po… 1 minucie. Centrum było dosłownie tuż obok mnie. A to znaczy, że GPS mnie oszukał! W dodatku nie wiem czemu nowo poznany kolega nie powiedział mi, że centrum jest 10 minut pieszo…

Zaczarowane ryneczki

Miasto już znałem, jednak to nie przeszkodziło mu w zaskakiwaniu mnie.

We Włoszech miasteczka są wąskie i bardzo skompresowane. Mają niezbyt szerokie ulice a zderzaki są po to, by przesunąć samochód na parkingu i zrobić sobie miejsce. Okna umieszczone naprzeciwko sąsiada, żeby móc pogawędzić przez okno albo pochwalić się kolekcją ubrań zwisających na sznurku przecinającym ulicę na wysokości pierwszego i drugiego piętra. A ryneczek… Ryneczek jest po to, żeby wyjść wieczorem i pogawędzić ze starym znajomym.

Rynek w tym mieście nie jest rynkiem w centrum miasta, który znamy z naszych rodzimych stron. Rynek w tym mieście to sieć połączonych ze sobą małych ryneczków (a właściwie dziedzińców) w centrum miasta. Każda ulica prowadzi do jakiegoś ryneczku. Jest to swoista konkurencja pod tytułem „sąsiad ma ryneczek to i ja muszę mieć” – oczywiście większy i ładniejszy.

Za dnia miasto żyje, ale jest martwe. Żyje bazarowym życiem. Każdy ryneczek i każdy jego skrawek wypełniony jest straganami. W ciągu dnia miasto zawdzięcza życie insektom zwiedzającym miasto, natomiast reanimacja następuje wieczorami. Po skończonej pracy, gdy niemiłosierny upał opadnie w czeluściach piekielnych, wszyscy wychodzą na ulicę do ulubionej knajpy pogadać ze znajomymi. Gwar większy niż w ciągu dnia. Stoliki do północy są dokładane i w taki sposób zapełnia się każdy „dziedziniec” po to by o pierwszej w nocy zwinąć się z powrotem.

***

Siadłem na krawężniku i czekałem na resztę.

„Czekałem” to złe określenie. Czeeeeeeeekaaaaaałeeeeeeeem. To słowo trzeba napisać tak bardzo leniwie jak się tylko da.

Minuty leciały, a ja czeeeeeeekaaaaaaaaałeeeeeeeeeeem. Wszakże za minus 2 godziny powinni być na miejscu. Czyżby po jednym dniu tak bardzo wchłonęli w siebie tę Włoską kulturę?

Poranne niespodzianki

Po naszym skompletowaniu trzeba było ogarnąć jakiś nocleg. Zwiadowcy zostali wysłani. Miejsc było mnóstwo. Niestety większość była niedostępna – np. dzięki 3 metrowemu ogrodzeniu z gładkiego muru. Ostatecznie położyliśmy się w parku przy rzeczce.

Podróżowanie w siedmiu ma swoje zalety. Jako iż był to park niedaleko centrum miasta to istniało duże prawdopodobieństwo, że ktoś będzie próbował nas okraść. 7 godzin warty podzielone na 7 osób daje znacznie więcej godzin snu niż 7 podzielone na 2.

***

Rano to pora budzenia się do życia, ale nie dla mrówek, które postanowiły zrobić sobie mrowisko w MOIM CHLEBIE![3]

Wraz z podjęciem decyzji o dezercji postanowiłem zrobić sobie zupkę chińską. Siedząc na ławce zauważyłem Murzyna[4]. Przyszedł z rowerem. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby rower nie miał zapięcia i nie był niesiony na plecach. Po paru minutach przyszedł kolejny z kubeczkami. Minuty leciały a wraz z nimi zbiegało się coraz więcej Murzynów. Każdy miał coś innego. Coś do picia, coś do piłowania, coś do rozwalania (np. młotek). I w taki sposób minął im poranek, na rozbebeszaniu kłódki od roweru. To zabawne, bo do takich rzeczy zdecydowanie lepszy jest sekator do łańcuchów, a oni najwidoczniej nie chcieli zrobić tego szybko. Może to swoista rozrywka na umilenie sobie dnia?

W pewnym momencie jeden zbliżył się do nas i zaczął nawijać, jak się później okazało standardową, śpiewkę, żeby wyłudzić pieniądze:

– Cześć
– Cześć – odburknąłem
-Jak się macie?
-Dobrze – znowu odburknąłem

Dalszą rozmowę, która do długich nie należała, przejęła Marysia.

To nie wszystko. Przyszedł też inny. Związany z wyżej wymienioną grupką zdjęciem, które im zrobił. Może to takie zdjęcie bezpieczeństwa w stylu „Zostawcie mnie w spokoju, bo mam na was haka”, a może był to praworządny obywatel i zgłosił to później na policje, która ustaliła czy to był ich rower czy kradziony..?

6
Póki co tylko trzech

Droga na Monte Cassino

W miarę upływu czasu ich przybywało a nasza siódemka stawała się coraz mniejsza. Niespecjalnie zadowoleni tym, co się dzieje, bardzo szybko ulotniliśmy się na pociąg.

Włoskie bilety na pociąg trzeba kasować zanim wejdzie się do pociągu w specjalnej maszynie. Inaczej zamiast zakupu parudziesięciu pizz zakupi się mandat u konduktora. Zamiana jedzenia na mandat nigdy nie jest przyjemna…

7
Zadowoleni wychodzimy z pociągu a za chwilę…
8
Jonasz Siłacz, przytrzymuje drzwi Zuzi

***

Po dotarciu na miejsce ruszyliśmy długą drogą na stację benzynową, przy której stał znak „zakaz przejścia”. Weszliśmy, co nie spodobało się ziomkowi ze stacji, bo bardzo groźnym wzrokiem pokazał nam owy znak i kazał znikać. Znikliśmy. Oczywiście znikliśmy przed nim, a nie ze stacji. Umiejętność znikania przed niewygodnymi ludźmi bardzo przydaje się w podróży.

***

Pierwsza dwójka od razu złapała transport dalej. Bartek jadący samemu też nie miał większych problemów, ale nasza reszta… Nie było łatwo. W końcu się udało: wylądowaliśmy gdzieś w górach i znowu powtórka z rozrywki. Tym razem dlatego, że stacja była baaaardzo mała. Słońce pomału zachodziło i kiedy po paru dłuuuugich godzinach zaczęliśmy się zbierać ze stacji żeby znaleźć nocleg, usłyszeliśmy:

– Halo, chodźcie, chodźcie! Dokąd chcecie jechać?
– Monte Cassino.
– Macie mapę?
– Mamy.
– Mogę was wziąć tutaj bo dalej skręcam w innym kierunku. Chcecie?
– Jasne!

I takim sposobem dotarliśmy do Cassino. Gościu nie mówił po angielsku, ale udawało się z nim całkiem dobrze porozumiewać po niemiecku. Co ciekawe zmienił specjalnie dla nas swoje plany, na co jego żona nie zareagowała pozytywnie. Może to ich temperament, ale mi brzmiało to jak kłótnia. Po drodze mijaliśmy pięknie wyglądające miasta nocą i palące się góry.

Palące się góry to całkiem fajny widok, choć zapewne dla nich był to spory problem, gdyż następnego dnia pożarów było znacznie więcej, ale szczęśliwie co popołudnie była burza i obfite deszcze więc może właśnie tak planowała to sobie Przyroda[5].

11
W oczekiwaniu na dobrą duszę…

Nasz kierowca nadłożył znaczą ilość drogi specjalnie dla nas i tak w środku ciemnej nocy dotarliśmy na obrzeża Cassino i na obrzeża autostrady ponieważ zatrzymał się na pasie awaryjnym i nas po prostu wysadził. Z tego co zauważyłem ichniejszy pas awaryjny właśnie po to służy – żeby się zatrzymywać. Nasz też do tego służy tylko wtedy zwykle trzeba mieć kamizelkę, zepsute auto i trójkąt ustawiony 100m za samochodem lub pojazd uprzywilejowany za plecami. U nich wszystko działało inaczej.

Kolejne dziwactwo

Jak się później okazało nie wszyscy mieli takie szczęście. Po Bartka parę razy zawijała policja na stację.

A propos policji. We Włoszech panują nieco inne zasady niż w każdym innym europejskim kraju. Niestety łapanie stopa na autostradzie również zalicza się do dziwnych rzeczy.

Z tego co rozeznałem się w temacie to na autostradach nie wolno łapać autostopa – jest to naturalne, bo w każdym innym cywilizowanym kraju nie można łapać stopa stojąc na autostradzie i słusznie bo jest to mega niebezpieczne dla obu stron. Niestety interpretacja tego prawa jest już bardzo różna. Kiedy moja siostra była na wycieczce autostopowej przez Włochy, przyjechała po nich policja i zrobili im raban, że na AUTOSTRADZIE (na której jest stacja a na stacji moja siostra) NIE WOLNO ŁAPAĆ STOPA! Było nieprzyjemnie i w ogóle, ale na szczęście tylko na tym się skończyło.

My, uprzedzeni o tym, profilaktycznie znikaliśmy kiedy policja pojawiała się na stacji. Po tej podróży doszedłem do wniosku, że dopóki obsługa stacji nie wezwie policji to ta nie reaguje. Może działa to na zasadzie prywatnego terenu i zakłócania porządku na nim? Dziwny kraj.

12
Brak chodnika, Brak pobocza, plecak dwa razy szerszy ode mnie a my idziemy spotkać się z kolejną dwójką…

Klasztor

Następnego dnia spotkaliśmy się z jedną dwójką na parkingu nieopodal autostrady. Ta sama dwójka pojechała do sklepu a my zjedliśmy śniadanko. Przy okazji były darmowe prysznice i toalety więc zaczęliśmy korzystać. Tomek nie miał za wiele szczęścia, ponieważ gdy tylko puścił wodę, owa dwójka przyleciała i kazali nam się zbierać bo:

–  Mamy transport na Monte Cassino! Zbierajcie się szybko!

Szybko zebraliśmy swoje rzeczy i okazało się, że transportu nie było. Pojechał hen hen papa. Może stwierdził, że dwójka uciekających ludzi z jego auta, którym proponował transport przestraszyła się go.

13

***

Dłuższy czas później znaleźliśmy się wszyscy na górze. Sam klasztor nie zachwyca. Ot taki sobie klasztor z muzeami i kaplicami. Za to w tym skwarze bardzo zachwycająca była woda wypływająca ze ściany tuż przy bramie wjazdowej. Lodowata woda pitna.

Nie zachwycał również strażnik, który bardzo nie chciał, żebyśmy siedzieli w cieniu z plecakami oparci o przyjemnie chłodny mur przy jednym z placyków. Był przy tym bardzo kulturalny ale nadal nie rozumiem co my mu tam przeszkadzaliśmy. Wygodnie jest kiedy jedna osoba lub dwie pilnują plecaków a reszta zwiedza klasztor. Ostatecznie, przy okazji piątego upomnienia, wskazał nam pokoik przy recepcji gdzie pozwolił nam zostawić plecaki.

22
Znajdź Giewont na tym zdjęciu

Naciągacz czy prawdziwie potrzebujący?

Z góry do centrum dostaliśmy się autobusem i zjedliśmy obiad. W międzyczasie ktoś u góry musiał nieźle posiatkować chmury bo w ciągu 5 minut na ulicy było wody po kostki. Dawno nie widziałem tak obfitego i soczystego deszczu. Skoro coś jest rzadkie to człowiek chciałby się napatrzeć i dzięki uprzejmości (albo lenistwa) aniołka, który zszywał chmury mogliśmy podziwiać deszcz przez godzinę.

Po deszczu, kiedy jeszcze siedzieliśmy w restauracji podszedł do nas pewien pan. Koloru, którego po białym najczęściej można spotkać w państwach, które kolonizowały Afrykę.

– Cześć, jak się macie?
– Cześć, dobrze, a ty?
– Też dobrze, jak się nazywacie? Ja nazywam się Abdul.
.
.
.
– Wierzycie w Jezusa?
– No jasne
– Ja też wierzę! – powiedział, pokazując krzyżyk na szyi.
– Fajnie.

Po dłuższej rozmowie i paru osobistych pytaniach padło to, co musiało paść:
– Słuchajcie.. bo jestem głodny i czy nie chcielibyście mi dać czegoś na jedzenie?

Zapadła chwila dogadywania się po ile się zrzucamy na jedzenie i co kupujemy. Jeden śmiałek z naszej paczki od razu powiedział, że nie będzie się składał. Ja nie specjalnie byłem za tym, ale uznałem, że ten raz mogę się zrzucić – tym bardziej że prawie wszyscy się zrzucają.

***

Ogólnie nie lubię dawać „potrzebującym”. Ani jedzenia, ani pieniędzy. Pewnie teraz pomyśleliście, że jestem gburem, chamem i w ogóle (szczególnie jeśli sam korzystam w podróży z pomocy – ale to inna bajka). Otóż nie.

Zanim zacznę swój wywód, chciałbym zaznaczyć, że nie wkładam wszystkich do jednego worka, ale jestem bardzo ostrożny, bo czasem myślimy, że pomagamy a tak naprawdę tylko pośrednio pogarszamy sytuację. Wszystkie przypadki które opisuję zdarzały się prawie zawsze. Nie oceniam nigdy takiego człowieka. Zdaję sobie sprawę, że większość z nich nie jest żebrakami czy też bezdomnymi z wyboru. Zazwyczaj ten stan był poprzedzony bardzo trudnym doświadczeniem życiowym, z którym bardzo trudno jest sobie poradzić.

Dlatego nigdy nie oceniam, nie wyśmiewam się, ale zawsze jestem ostrożny. Doświadczenie nauczyło mnie przeprowadzać bardzo oschłą analizę sytuacji. Dlaczego?

Kiedyś żyłem w chrześcijańskiej myśli pomocy bliźniemu – od zawsze rodzice mnie uczyli, że ludziom trzeba pomagać (mądrze pomagać, ale to zauważyłem później) i dlatego jak ktoś prosił a miałem to dawałem.

Wraz z wiekiem zacząłem zmieniać swoje zdanie. Działo się to bardzo powoli i stopniowo. Zaczęło się od dawania ludziom na jedzenie a później widzenie ich przy piwie czy wódce. Niby obca osoba, ale chyba nikt nie lubi być okłamywany, co nie?

Są ludzie, którzy mówią wprost, że chcą na piwo. Nie rozumiem dlaczego niektórzy w nagrodę za powiedzenie prawdy dają im pieniądze. W ten sposób nie rozwiązują problemu potrzebującego a tylko wpychają go bardziej w alkoholizm.

Od tego czasu starałem się kupować jedzenie zamiast dawać pieniądze. Z początku wyglądało to na czysty i bardzo chwalebny akt dobroci. Oczywiście dalej jest to chwalebne ale nie do końca. Zauważyłem, że ja im kupię jedzenie, a ktoś inny da im pieniądze i skończy się tak samo. Często spotykałem żebraków, którym kupowałem jedzenie a oni ubarwiając kupowanie jakąś życiową opowiastką (może prawdziwą, może by wzbudzić litość) wkładali moje jedzenie do worka pełnego…. jedzenia. Mieli tyle jedzenia, że starczyłoby im na miesiąc.

Dla całej rodziny.

Wielodzietnej rodziny.

Z babką, dziadkiem i kuzynostwem włącznie!

Zacząłem myśleć, co jest nie tak?

Po którymś takim numerze postanowiłem, że będę reagował stanowczo (niektórzy powiedzieliby, że chamsko i bez kultury):

– Przepraszam, jestem głodny. Nie jadłem nic od wczoraj, czy kupiłby mi pan chociaż bułkę?
– Chuchnij.
– No… piłem, ale…
– To następnym razem pan zamiast piwa kupi sobie jedzenie i nie będzie głodny. – w tym momencie odwracam się stanowczo i idę dalej w swoim kierunku.

Niestety tak często spotykałem się z taką sytuacją, że dalej zacząłem myśleć, co zrobić?

Sytuacje jak ta nie pomagały w rozmyślaniach:

– Dzień dobry, brakuje mi 50 gr, żeby wykupić receptę – (bilet na pociąg czy cokolwiek innego na co można wzbudzić współczucie) – czy mógłby mi pan dołożyć?

W tym momencie uruchamia się u mnie zestaw pytań banalnych, mających na celu wyczuć, czy ktoś blefuje czy mówi prawdę:
– Oczywiście, a jaki to lek?
– Wie pan, jak lekarze piszą, ciężko się poczytać.
– No dobrze, a ile kosztuje?
– 100zł
– Sporo, to chodźmy do apteki kupię pani.
– Ale ja nie mam 100 zł
– Przecież mówiła pani, że brakuje 50gr.
– No bo nie mogę poprosić od razu o 100 bo nikt mi nie da.
– Ja pani dam, chodźmy kupimy ten lek.
– Ale… nie nie nie.
– Dlaczego?
– Bo się wstydzę.
– To pani da receptę a kiedy trzeba będzie płacić to ja podejdę i zapłacę. Nie będę widział co to za lek.
– Ale ja nie mam przy sobie recepty…
– Aaaa no to widzi pani. Następnym razem pani weźmie to pani będzie miała. – odwracam się i oczywiście stanowczo odchodzę.

Jak widzicie, ludzie po którymś szczegółowym pytaniu wymiękają. Nie mają wymyślonej historyjki i zaczynają się mieszać w zeznaniach. Dotychczas zdarzyły mi się 4 podobne sytuacje. Wszystkie kończył się tak samo. Mojemu koledze również przytrafiła się podobna sytuacja, tylko w jego przypadku była recepta i realna potrzeba, którą spełnił. Jak widać ja mam pecha.

Na koniec dodam, że są osoby, które ciągle spotykam w pewnych miejscach. Zawsze z tą samą karteczką klęczą i proszą o pieniądze. Najbardziej dobija mnie kiedy jest to bardziej zorganizowana grupka i co jakiś czas klęczący wymienia się karteczką z innym i odchodzi. Takich nie lubię najbardziej, bo z żebractwa zrobili sobie biznes. Szczególnie jeśli jest to pod kościołem, którego „obsługę” znam osobiście i wiem, że są w stanie dać chleb czy pomóc w bardziej wyrafinowany sposób.

***

Teraz reaguję różnie. Raz kupię bez słowa, raz wykorzystam metodę wścibskich pytań, raz każę coś zrobić a raz po prostu odburknę, że nie mam czasu. Wszystko zależy od miejsca i okoliczności, ale ogólnie doszedłem do wniosku, że są fundacje i one weryfikują komu dają i kto tak naprawdę potrzebuje, dlatego lepiej jest dać na sprawdzoną fundację, niż dawać do ręki. Dając pieniądze, chleb czy cokolwiek innego nie pomagamy bezdomnemu a tylko pomagamy mu utrzymać się w tym stanie w jakim jest lub niechcący pomagamy mu w pogorszaniu się tego stanu. Fundacja, która sprawdza i weryfikuje komu daje i ile, wie komu i jak pomóc, żeby wyszedł „na ludzi”.

***

Ale wracając do naszego stolika w restauracji:
– Dobra to leć kupić.
– Kolega już poszedł i za chwilkę będziesz miał co jeść.
– Ale ja nie chcę jedzenia, ja chcę pieniądze.
– Pieniędzy nie dostaniesz, albo bierzesz to co ci zamawiamy albo spadaj.

Oczywiście poszedł.

Godziny mijały a w między czasie poszliśmy naładować telefony do maka, umyć się, załatwić i na zakupy.

Zakupy były daleko od miejsca, w którym wieczorem przesiadywaliśmy.

– Przepraszam, gdzie o tej porze jest jeszcze czynny supermarket?
– Ojej, teraz to już późno jest. Ale tam jakieś 2km stąd jest większy sklep i powinien być jeszcze przez 30 minut otwarty.
– Dziękujemy

Poszliśmy żwawym krokiem do sklepu. Przy okazji ściągnąłem sobie buty i ochładzając nogi w kałużach pędziłem przed siebie. Nagle ktoś zaczął na nas trąbić. Okazało się, że to ten sam pan co mówił nam, jak dojść do sklepu. Postanowił nas podwieźć.

Było to miłe z jego strony jednak dzięki temu nie zdawaliśmy sobie sprawy ile zajmie nam powrót. Powrót z ciężkimi (a właściwie niewygodnymi do noszenia) zakupami dla całej siódemki.

Po drodze rozglądaliśmy się za noclegiem i znaleźliśmy ciekawe miejsca: na parkingu lub między dwoma posesjami. Ostatecznie jednak poszliśmy spać pod most. Obok nas przebiegała ścieżka rowerowa więc na mojej porannej wachcie musiałem znosić wzrok ciekawskich ludzi.

23
My sobie smacznie śpimy a mrówki od rana zapierniczają. Na chleb trzeba pracować! (szczególnie mój)

Dobrzy ludzie

Następnego dnia poszliśmy znowu do Maka obmyślić plan na następny dzień. Ustaliliśmy kto z kim jedzie. Bartek zdemotywowany swoimi przygodami z policją wolał nie ryzykować i pojechać z kimś, dlatego ja pojechałem sam.

mcdonalds
Wielkie obrady w McDonaldsie

Każdy jechał taką drogą jaką chciał. Ja postanowiłem, że spróbuję pojechać bocznymi drogami i przetestować czy internety mają racje.

Tak się złożyło, że jedna dwójka łapała stopa na tej samej ulicy co ja tylko stanęli 100m przede mną (mimo iż ja tam byłem pierwszy!). Oni łapali na Rzym ,więc może pomyśleli, że nie będą mi przeszkadzać. Po ponad godzinie łapania zatrzymał im się autobus. Podjeżdżając w moją stronę zwolnił żeby popatrzeć dokąd chcę jechać, ale kiedy przeczytał to ruszył dalej. W tym momencie uznałem, że pewnie pojedzie za chwilę kolejny i może też mnie weźmie. Zmieniłem karteczkę na Rzym.

26
Może ten mnie weźmie?

Słońce pomału zaczęło chować się za chmurami, a w oddali było słychać grzmoty. Uznałem, że będę stał tak długo dopóki nie spadnie deszcz. Jak zacznie padać to zwijam się do Maka podładować telefon i pomyśleć co dalej.

W międzyczasie zatrzymał mi się kierowca:
– Dzień dobry, czy byłaby możliwość wzięcia mnie w stronę Rzymu albo ….?
– Nie nie. Ale mogę dać ci pieniądze na pociąg do Rzymu, chcesz?
-Nie, ja chcę autostopem, nie da rady wziąć? Chociaż na jakąś stację na autostradzie?
– Nie nie. Autostop – nie. Mogę dać pieniądze na pociąg – mówił to wyciągając do mnie dłoń z pieniędzmi.
-To nie, ja dziękuję.

Gdy tylko pojechał mój rozum przypadkiem przeszedł obok mnie i mi podpowiedział, że właśnie wtopiłem i straciłem okazję.
„Gościu chciał ci dać 10 euro na pociąg do Rzymu, skąd złapałbyś stopa dalej a ty odmówiłeś!? Już wiem dlaczego poszedłem z twojej głowy!!!”. Tak zmotywowany czekałem, aż ktoś się zatrzyma.

Błyski w oddali zaczęły wyłaniać się z za gór w towarzystwie ściany deszczu.
„Może ktoś jeszcze pojedzie” – próbowałem się zmotywować.

Nie pojechał a deszcz zaczął kropić. Pozbierałem rzeczy i zacząłem przechodzić przez drogę i słyszę titek.

Uradowany odwróciłem się i podbiegłem do auta.
– Dzień dobry, czy da radę podwieźć gdzieś w stronę Rzymu?
– Nie ja tam nie jadę, ale jak mogę ci pomóc?
– Chociaż podrzucić na jakąś stację czy coś na autostradzie?
– Nie. Mogę ci dać pieniądze na pociąg. Czy mogę ci pomóc?
– No… wolałbym na stopa, bo nie lubię brać pieniędzy.
– To jest moja propozycja, czy mogę ci pomóc? – pytanie „can I help you?” było wypowiadane z szorstką troską. Znaczyło to tyle, że on proponuje mi taką pomoc i jeśli dam sobie pomóc to tylko w taki sposób mi pomoże.
– Ehh.. no dobra.
– To wskakuj, podrzucę cię na stację.

Okazało się, że jest to ksiądz z Azji. Podrzucił mnie na stację, powiedział co i jak i dał…

– Masz tutaj 50 euro. Wydasz je na co chcesz i nie musisz ich wydawać na pociąg. Jakbyś chciał coś zjeść to tutaj masz restaurację. Jakbym miał pomóc ci kupić bilet to powiedz. Pomogę.
– Nie trzeba. Dziękuję bardzo.

Tym razem mój rozum w biegu wrócił do mnie i uznał, że jednak opłacało się nie brać za pierwszym razem. Kupiłem bilet i obczaiłem trasę – w końcu nie mogłem wysiąść w Rzymie, bo nigdy bym się z niego nie wydostał.

27
Cya, Cassino!

7 euro za bilet!?

Moja mapa nie była bardzo dokładna i nie każdą stację miałem opisaną, ale jakoś dałem radę. Wysiadłem w małej mieścinie koło Zagorolo i poszedłem zapytać jak dostać się na stację na autostradzie. Przemiły pan z autobusu odpowiedział mi co i jak i sprzedał bilet. Po chwili otworzył okno i zaczął coś krzyczeć do innego kierowcy.

Chwilę później byłem w autobusie u innego kierowcy, który specjalnie podjechał na jeden przystanek, żebym na pewno pojawił się w dobrym miejscu.

Niestety przystanki autobusowe nie były przyjazne turystom. Brak jakiejkolwiek rozpiski i fakt, że trzeba machać autobusowi bo inaczej się nie zatrzyma na przystanku sprawiał niemały kłopot. Dodając do tego jedyny słuszny język w jakim rozmawia się we Włoszech wychodzi niezbyt dobre połączenie.

Ale udało się. Autobus się zatrzymał i ktoś z przystanku powiedział do mnie, że to ten autobus i mam do niego wsiąść. Wziąłem więc plecak na plecy i wsiadłem. Dopytałem kierowcy czy mówi po angielsku i powiedziałem, że jak tylko wygrzebię pieniądze to zapłacę za bilet.

Mój bagaż był dość szeroki więc trochę mi to zajęło. Zapytałem ile kosztuje bilet i zdębiałem, ale co zrobić. Skoro 7 euro to 7 euro.

– Proszę, 7 euro tak?
– Tak. Ale nie chce ich. Zostaw sobie.
– Ale jak to, nie muszę płacić?
– Nie. Jedziesz do Valle Martella?
– Tak.
– Na pewno tam jedziesz?
– Tak.
– No to powiem ci gdzie wysiąść. – powiedział niezdarną angielszczyzną i zaczął tłumaczyć dalej – U nas we Włoszech jest tak, że bilet kupiony w sklepie kosztuje 1 euro, ale kiedy chcesz go kupić w autobusie to płacisz 7 euro. Bardzo dużo, ale takie mamy zasady.

Zdziwiło mnie to trochę, ale byłem wdzięczny, że nie musiałem płacić – gdybym nie miał tych 50 euro od księdza to nie byłoby mi tak łatwo wyciągać tej ręki.

NO AUTOSTOP!

Na miejscu okazało się, że moja stacja nie jest zbyt blisko a w dodatku mój telefon jest rozładowany – co znaczyło, że nie mógłbym dotrzeć na stację bez szybkiego lokalizowania się. Poszedłem więc do sklepu, poprosiłem o podładowanie telefonu i kupiłem sobie mleko. Bardzo kształtna ekspedientka, o na wpół lokowanych brunatnych włosach, bardzo żywo i ochoczo zaczęła ze mną rozmawiać po angielsku.

– Może masz ochotę na coś do jedzenia?

W punkt. Mnie nie trzeba długo przekonywać do jedzenia. Właściwie w ogóle nie trzeba mnie przekonywać do jedzenia.

– Z szynką, serem?
– Z obiema tymi rzeczami.
– A ser ma być ….. – tutaj padło pełno nazw serów na co mogłem odpowiedzieć jedynie:
– Zdam się na twoje gusta.

Chwilę później dostałem jedzenie i byłem bombardowany pozostałymi pytaniami.

– Co tu robisz?
– Na wakacje przyjechałem pozwiedzać Włochy.
– Skąd jesteś?
– Zgaduj! – mówiłem z zaciekawieniem co ludzie o mnie pomyślą.
– Z USA?

Roześmiałem się ochoczo. Parę kolejnych strzałów było niecelnych więc w końcu odparłem, że z Polski. W trakcie tej rozmowy zagaiłem o dojazd na autostradę. Niechcący wygadałem się, że chcę jechać do Wenecji AUTOSTOPEM. Na co cała czwórka pracowników niemalże jednocześnie odparła włoskim żywym temperamentem:

– No no no. No autostop. No autostop! Italy no autostop. – brzmiało to jakby ćwiczyli tę regułkę od małego.

Od tego czasu było ciężko pytać o drogę. Nie dlatego, że nie chcieli mi pomóc. Wręcz przeciwnie. Pomagali jak mogli i cała obsługa wraz z klientami była zaangażowana w moją podróż do Wenecji. Szkoda tylko, że inaczej niż AUTOSTOPEM(!). To było bardzo miłe z ich strony. Pałali ludzką chęcią pomocy mi jak tylko mogli. Ja jeden przeciw czwórce ludzi w sklepie byłem na straconej pozycji. W pewnym momencie odpuściłem i pozwoliłem im napisać mi na kartce, którymi autobusami i pociągami mam jechać. Na odchodne dostałem po twarzy gromkim zdziwieniem od pięknej ekspedientki:

– Nie wiem czy dziś uda ci się dostać do Wenecji. Najwcześniej jutro z samego rana. Masz gdzie spać? Wypiszę ci na kartce jakieś hotele, będzie ci łatwiej w Rzymie.
– Dziękuję, ale nie trzeba – próbowałem przekonać – śpię na hamaku.
– Jak to? Przecież tak jest niewygodnie.
– Ja to lubię. To taki styl podróży. Ma to swoje piękne strony.
– Podziwiam, a co jeśli nie ma drzew?
– Kładę się na ziemi.
– A co jeśli pada? Spójrz za okno, za chwilę będzie lać.
– Mam dach nad głową więc deszcz jest mi niestraszny.
– A co jeśli jest burza? – nieustępliwie i z coraz większym podziwem pytała włoszka.
– Trzeba wiedzieć co i jak i jest się bezpiecznym – uspokajałem z nutką dumy w głosie.

***

Jeszcze chwilę porozmawialiśmy po czym ruszyłem w swoją stronę. W stronę przystanku autobusowo metrowego, który był naprzeciw restauracji. Karteczkę wyrzuciłem. Po co mi ona? Do Rzymu nawet nie chcę się dostać. Byłem tam wcześniej a teraz wolę jechać do umówionego miejsca. Rozeznałem się w terenie i…

– Tak jedzie tam autobus. Nie taki jak mój. Chodź zobaczymy rozpiskę. – po chwili dostałem kolejną instrukcję – nie ma tutaj tej rozpiski, ale jeżdżą. Mniejszy od mojego i w kolorze róży. Rose bus. Na pewno za chwilę pojedzie.

DCIM100MEDIA
Nówka, nieśmigany!

Po godzinie czekania zdemotywowałem się i poszedłem piechotą w kierunku autostrady. Nie łatwo było złapać stopa jednak w końcu się udało. Zostałem przewieziony parę kilometrów i znowu musiałem wędrować.

29
Stamtąd idę

Na mapie była pokazana droga dojazdowa na autostradę. Dokładnie taka jakby była to dojazdówka dla pracowników. Niestety w rzeczywistości okazało się, że „TEREN MONITOROWANY. ZAKAZ WSTĘPU NA DROGĘ”. Jakby tego było mało wjazd został zastawiony płotem i betonowymi wysokimi „krawężnikami”. Nie pozostało mi nic innego jak pomachać do kamerki i ruszyć jedyną drogą, która miała mnie doprowadzić na autostradę.

Była naprawdę długa[7], a wysoki płot wraz z drutem kolczastym skutecznie pozbawiały mnie nadziei, że na końcu tej drogi dostanę się na stację. W dodatku droga była upiększana tabliczkami „TEREN MONITOROWANY. ZAKAZ WSTĘPU!”.

Na jej końcu okazało się, że jest wejście. Zamknięte grubym łańcuchem wraz z kłódką. Nie pozostało mi nic innego jak przeskakiwać przez płot. Słońce chyliło się ku zachodowi więc miałem nadzieję, że jeszcze uda mi się kogoś złapać po jasnoku.

Walka o podwózkę

Pierwszy kierowca, do którego podszedłem okazał się największym dotychczas gburem jakiego miałem okazję poznać podczas jakiejkolwiek wycieczki autostopowej. Widział jak przeskakuję przez płot. Może dlatego tak zareagował. Rozmawiał razem z drugim kierowcą. Podszedłem do nich, ponieważ słyszałem, że mówią po polsku.

– Dzień dobry, słyszę że panowie z polski. Może chcielibyście mnie wziąć w stronę Wenecji?
Pan Gbur zdzielił mnie wzrokiem i zaczął obracać się plecami coś mówiąc pod nosem. Drugi natomiast, który w międzyczasie coś robił z werwą zapytał o co chodzi.

– A nie wiem. Jakiś pacan. – wzruszył ramionami Pan Gbur. Nie pozostało mi nic innego jak życzyć im miłego dnia i pytać kolejnych ludzi o podwózkę.

Kolejny nie był wiele lepszy. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

– Dzień dobry, czy jedzie pan w stronę Wenecji i zechciałby pan wziąć autostopowicza.
– Sssszzzooooooo? Nnnnniieeeee. M  m myyyyy na a Syyyyycccyyylieee jjeeedzieeemyyy – powiedział z wielkim wysiłkiem, próbując złapać odpowiednie słowa do wypowiedzenia swojego wielkiego przemówienia.

Nie było większego sensu pytania go o resztę rzeczy, ale jak już zacząłem to ciężko było skończyć. Lawina leniwie wymawianych pytań ruszyła w moją stronę.

Pozostali polscy kierowcy mogli mnie wziąć jednak: „jadę dopiero za dwa dni”, inni z kolei: „jak się szef dowie ze do autobusu wziąłem ludzi za darmo to mnie zwolni”.

Poszedłem więc pytać osobówek. Stacja była ogromna, ale ludzie we Włoszech niespecjalnie chcą brać na stopa – a przynajmniej nie na tej stacji. Jeśli już ktoś się taki znalazł – np. francuska para, która miała swojego busika, którym podróżowali po świecie – to jechali nie w tę stronę, albo w tę tylko „za dwa dni”. Kto by pomyślał, że tiry zatrzymują się tu, żeby zrobić przerwę przed przeładunkiem w Rzymie!? Kto by pomyślał, że ludzie w osobówkach zatrzymują się tu tylko po to, żeby skręcić na Rzym!? To przecież była odnoga, która ewidentnie była zbudowana, żeby ominąć obwodnicę (na której też jest stacja) dookoła Rzymu by móc spokojnie jechać w górę Włoch.

stacja
Wszyscy z tej stacji pędzili do Rzymu 🙁

 

Po długiej walce odpuściłem i poszedłem skorzystać z darmowego prysznica, który jest na każdej stacji na autostradzie we Włoszech. Jedyny warunek to posiadanie dowodu tożsamości by dać go w zastaw i można korzystać do woli.

***

Zapadła noc, a ja zrezygnowany poszedłem poszukać miejsca na spanie. Szczęśliwie przechodząc obok Pana Z Trudem Mówiącego zostałem zagajony przez jego kolegę, który wyraźnie przejęty brakiem samochodu, który by mnie wziął, zaproponował mi spanie u nich w naczepie, a przedtem ciepły posiłek. Przy okazji dowiedziałem się, że nie jadą na Sycylię tylko z Sycylii i mogą mnie wziąć ale też jadą „za dwa dni”. O tej porze Pan Z Trudem Mówiący zyskał nowe imię – Grawitacja Jest Dla Słabych.

Z całych sił próbował opierać się jej, żeby przypadkiem nie stąpać po ziemi, żeby przypadkiem się nie wywrócić, żeby przypadkiem nie dać ruszającej się ziemi satysfakcji, że powaliła go na ziemię.

Noc była spokojna, a kolejny dzień wcale nie zapowiadał się lepiej. Po 6 godzinach łapania stopa zrezygnowany poszedłem do pana „Jadę Za Dwa Dni” i umówiłem się, że z nim pojadę. Zacząłem czytać książkę i pomagać panom, którzy udostępnili mi swoją naczepę. Przy okazji dostałem ciepły obiad. Gościnność kierowców jest naprawdę przeogromna. Mimo, że często wkurzam się jak ktoś wymusi, na przykład pierwszeństwo to trzeba przyznać, że większość z nich to naprawdę fajne chłopy (albo babki choć z płcią piękną jeszcze nie było mi dane jechać).

WP_20150809_12_14_07_Pro
Moje łóżko

***

Włączył mi się też tryb „tutaj jest strasznie drogo, ale mam 50 euro więc na poprawę morale kupię sobie coś”. Wieczorem okazało się, że przewaliłem znaczną część kasy na tej stacji na pierdoły typu ciasteczka, lody, cole itd.

WP_20150809_10_14_42_Pro
NO PORNO!
30
W oczekiwaniu na „za dwa dni” a właściwie już „na jutro”.

Kalambury level master

Schowany w cieniu między naczepami i pogodzony, że jadę dopiero następnego dnia rano czytałem książkę. W pewnym momencie podjechał dostawczak. Coś mnie tknęło, żeby  zagadać do gościa.

Ruszyłem więc i widzę włoskie blachy… Chwilę się zawahałem ale ostatecznie zapytałem:
– Mówisz po angielsku?
– No – odpowiedział smutny Włoch.
– Niemiecki?
– No no – na twarzy Włocha zaraz obok smutku pojawiło się współczucie.
– Italiano?
– Si si! Si!- Włoch w mig stał się radosny i pełen życia.

Nie była to dla mnie dziwna reakcja – zawsze zadawałem ten sam zestaw pytań i zwykle reakcje były właśnie takie. Przeszkolony w tym zakresie zacząłem wypowiadać zaklęcie.

Wskazałem na mnie, później na Włocha a później na jego samochód. Podałem nazwę miejscowości i dodałem „autostop”.

Dla wszystkich było to zrozumiałe, jednak większość słysząc autostop z automatu blokowało się i mówiło, że nie ma mowy.

Ten był inny. Ten chwilę pomyślał po czym powiedział, że nie ma problemu tylko pójdzie na kawę i za pięć minut będzie.

Cały rozpromieniony poleciałem się pakować, podziękowałem kierowcom za ich dobroczynność i czekałem na nowego kierowcę. Kiedy przyszedł wpakowałem się do auta i zacząłem grać w kalambury na poziomie ekspert.

***

Nigdy nie byłem dobry w kalambury. Ba! Jestem jednym z najgorszych graczy jeśli chodzi o tę grę. Jak gram z kimś kogo dobrze znam to gra nie idzie źle, ale kiedy nie znam się w ogóle z kimś to szukanie ogólnoznanych skojarzeń migowych jest dla mnie prawdziwą udręką i zwykle kończy się tak samo – przegraną.

Na szczęście w tym przypadku nie grałem na wygraną czy przegraną. W tym przypadku grałem bo musiałem, niezależnie jaki będzie wynik. A grało się przyjemnie. Miałem przed sobą 5 godzin jazdy do Bolonii. Trasę przecinały ściany deszczu wraz z piorunami, a my gaworzyliśmy w dwóch językach. Ani on nie znał mojego, ani ja nie znałem jego.

To zabawne, bo dowiedziałem się o nim bardzo dużo. Że auto go wkurza, że mieszka w Mediolanie, ile ma lat, jak ma na imię i wiele wiele innych. Jechaliśmy a on pokazywał. Jechaliśmy a ja pokazywałem również. Przy okazji dostałem kawę i możliwość zjedzenia tego co sobie wybiorę na jednym z postojów.

Podczas tej przejażdżki nauczyłem się wielu zwrotów po Włosku.

W Bolonii ze smutkiem rozstaliśmy się, a ja odzyskałem wiarę w autostop.

A mówią, że piorun nie uderza dwa razy w to samo miejsce. Coś w tym jest. Tu uderzył 4 razy w ciągu sekundy.

Odzyskanie wiary

Poprzedni dzień raczył mnie karać za ten styl przemieszczania się. Karą był brak chęci zabrania mnie przez kogokolwiek przez dwa dni. Teraz los chyba się zreflektował i dojazd do Wenecji był praktycznie bezproblemowy. Na tej stacji zapytałem 4 kierowców czy chcieliby mnie wziąć. Czwarty kierowca zapytał swojej dziewczyny czy mnie biorą i chwilę później jechałem w okolice Padwy. Swoją drogą ta włoszka była baaaaaarrrrdzo piękna. Cały czas rozmawialiśmy po angielsku i wymienialiśmy się ciekawymi miejscami, które warto zwiedzić w naszych krajach.

Zostałem wysadzony na stacji benzynowej. Było już ciemno, ale koniecznie chciałem się dostać do znajomych, którzy już czekali w Sotto Marino. Nie wiedziałem jak stamtąd wyjść, ani czy jedzie jakiś autobus, ale postanowiłem, ze zapytam obsługę stacji. Tutaj doznałem kolejnego szoku.

– Jesteś autem?
– Nie.
– Aaaa, rozumiem. Autostop?
– Tak.
– Masz coś do pisania?
– Niestety nic nie mam.
– A kartkę masz?
– Nie.
– To minutka.

Za minutkę wrócił do mnie z karteczką z napisaną nazwą miasta i powiedział, że mam stanąć na wyjeździe i łapać stopa.

Szok. W kraju, gdzie wielu ludzi dostało naganę za takie łapanie stopa, a nieliczni nawet mandat, w tym właśnie kraju dostałem dokładną instrukcję od obsługi stacji, co zrobić, żeby dostać ten mandat. Skorzystałem i nie żałowałem.

Na stacji tankowało się auto i do niego postanowiłem uderzyć jako pierwszego. Chwilę później byłem podwieziony do mojej miejscowości. Pani kierowca uznała, że to tylko pół godzinki jazdy od miejsca do którego jedzie, więc mnie podwiezie.

Byłem naładowany pozytywną energią. W podskokach szedłem do umówionego miejsca.

Moja pierwsza noc na plaży

Na miejscu zdałem sobie sprawę, że przewaliłem znaczną część swoich pieniędzy. Wszyscy mieli mi za złe, że mi się udało „zarobić” a później, że nic nie chce postawić. Postawiłem cole 2 litrową bo na więcej nie było mnie stać.

Wszystkie restauracje powoli były zamykane. Podobnie i my zebraliśmy się na plażę poszukać miejsca do spania. Ledwo weszliśmy na nią a już dostaliśmy ostrzeżenie od miejscowych.

– Nie możecie tu spać bo dostaniecie mandat.

Czytałem wcześniej o mandatach za spanie na plaży ale jedno forum wykluczało drugie i w końcu nie wiedziałem jak jest. Jedyne co było pewne to to, że nie można spać na prywatnych plażach – jak się okazało były one odgradzane. Później dowiedzieliśmy się jeszcze, że dopóki nie przeszkadzamy traktorowi, czyszczącemu plażę to nic nam nie grozi.

Noc była bardzo zimna. Bryza morska robi swoje. Wziąłem swoją plandekę i okryłem się nią, żeby chociaż wiatr mnie nie przeszywał.

Rankiem zostałem obudzony na swoją warte. Przez godzinę mój wzrok raczył się widokiem spacerujących i biegających ludzi. Później wraz ze słońcem zaczęli budzić się plażowi handlarze. Obudziłem Marysię na wartę i czuwałem razem z nią.

37
Traktor uprzątający plażę
38
Wschód Słońca
DCIM100MEDIA
Zapakowany trup.
DCIM100MEDIA
Jeszcze jedno piękne zdjęcie

Nie wrzucaj wszystkich do jednego wora

– Cześć! Jak się macie? – skierowałem wzrok w kierunku głosu. Okazało się, że mówi do nas uśmiechnięty Murzyn. Miał dredy i typowo jamajską reggae-czapeczkę. Będąc uprzedzony wcześniejszymi doświadczeniami z takim „zaczepianiem turystów” zacząłem mu zdawkowo odpowiadać, dając znać, że nie chcę z nim rozmawiać.
– Dobrze.
– Jak się nazywacie?
– Marysia – odpowiedziała koleżanka a ja… nie chcąc być już tak bardzo niekulturalny również odpowiedziałem swoje imię.
– Skąd jesteście?
– Nie wiem… – Pierwsze trzy zdania jakie wypowiedział pasowały do „nawiąż kontakt a potem będzie im głupio odmówić kiedy poprosisz o kase”. Idąc za ciosem twardo trzymałem się zasady „odczep się”.
– Jesteście z… Francji?
– Nie wiem…
– Aha! Ja jestem z Francji? – powiedział triumfalnie obcokrajowiec rozładowując atmosferę. W tym momencie wszyscy gromko się zaśmialiśmy – Ale ona na pewno jest z Francji! Wygląda tak! – upierał się wskazując na Marysię.
– Nie jest, jesteśmy z Polski – Odpowiedziałem zmieniając ton.
– Aaaa, wiem gdzie to jest! Ja jestem z Ghany.
– Ghana, muszę tam kiedyś pojechać.
– Piękny kraj. Polecam. Przyjechaliście tutaj na wakacje?
– Tak, ale niestety już jutro wracamy.
– A to szkoda. Widzę, że lubicie spać na plaży. Spaliście tu wcześniej? Bo was nie zauważyłem..
– Nie, dziś nasza pierwsza noc tutaj, a ty tu mieszkasz?
– Tak i marzy mi się domek z ogródkiem na plaży. Dziś widziałem, że w Padwie jest promocja na namiot więc jadę tam teraz i kupię go.  Potem zrobię sobie mój wymarzony ogródek – mówił to ze szczerym zapałem. I to jest piękne: „wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet, ściskając w ręku kamień zielony patrzeć jak wszystko zostaje w tyle”. Niczym nie musiał się martwić. Miał swój wymarzony domek z ogródkiem, a kiedy miejsce mu się znudzi i pozna wszystkich ludzi przeniesie się tam gdzie będzie mu dobrze. Piękne!
– Ja muszę lecieć bo mam za chwilę autobus. Życzę wam udanych wakacji!
– Dzięki! Powodzenia z domkiem! – odpowiedziałem już ze szczerym uśmiechem na ustach.

Ta sytuacja dała mi trochę do myślenia. W końcu obcokrajowiec poszedł sobie. Nie chciał, żadnych pieniędzy, nie chciał jedzenia. Po prostu chciał pogadać. Zobaczył nowych przybyszów i chciał po ludzku pogadać. Z radością i z uśmiechem na ustach. Na tej wycieczce nauczyłem się, że nie warto z góry zakładać, że ktoś zachowując się dokładnie tak samo jak każdy inny, chce tego samego, co każdy inny. Jak już dojdzie co do czego to zawsze można odmówić, a jak nie – to stanie się to co właśnie przed chwilą opisałem. Czyli obie strony będą miały dobry humor a podróż nabierze jeszcze kilka kolorów.

Plażing i smażing

Ten dzień przebiegał pod znakiem „plażing”. Praktycznie poza pójściem do sklepów, restauracji i pod prysznice nie robiliśmy nic innego prócz plażingu.

O samym morzu mógłbym napisać całą książkę,  ale skrócę to do jednego słowa: SYF. Wielkimi literami ponieważ to był OGROMNY SYF. Zastanawiałem się, czy to poziom Bałtyku czy jest jeszcze gorzej. W każdym razie okolice Wenecji nie sprzyjają oglądaniu podwodnego świata – chyba, że pływa się z mikroskopem. Wtedy z pewnością będzie się zadowolonym z „podwodnego” świata.

Będąc tam wiedziałem, że Wenecja to jeden wielki ściek ale nie myślałem, że 50 km dalej morze też będzie ściekiem. I w tym momencie uświadomiłem sobie co mówiła do mnie ta piękna Włoszka….

W drodze powrotnej dowiedziałem się, że Włosi to całkiem syfiaty naród. Wszystko wpuszczają do morza bo „morze wszystko wchłonie”, śmieci nie sprzątają, chyba że jest to jakiś teren turystyczny to jest bardzo czysto itd. Jeśli to prawda to… smutek[8].

***

Na plaży poza rzucaniem się glonami było również robienie zamku. Nie mógł być to zwykły, mały zameczek. To był cały fort! W dodatku podczas budowy trwała nieustanna walka. Walka z wrogiem, którym okazywały się być fale podmywające mury. Wybudowanie dobrych odpływów to była podstawa. Fosa oczywiście też musiała być – żeby nikt się nie dostał do zamku. Jak już mury obronne powstały to zaczęliśmy budować zamek. Z początku budowla przypominała bardziej domek plebsu, ale z czasem konstrukcja zaczęła przypominać prawdziwą warownię. Na koniec najważniejsza rzecz –bandera zamku. Cóż to byłby za zamek bez bandery? Do kogo by wtedy należał? Musi być przynależność do kogoś[9].

41
„Nie! Nie! Nie kręcisz tego!” Początek budowy fortu
DCIM100MEDIA
Koniec, tylko bandery brakuje

I tak na taplaniu się w wodzie, chodzeniu po mieście i robieniu różnych głupot zleciał nam czas. Wieczór przebiegał pod znakiem znalezienia miejsca. Nieco bardziej obeznani w obyczajach bez problemu znaleźliśmy miejsce. Początkowo podchodziłem do tego sceptycznie (mandaty i te sprawy) jednak ostatecznie się do niego przekonałem.

Kluczem do sukcesu było lekkie zagłębienie w czyjąś plażo-posesję. Poszliśmy z Marysią na zakupy, przy okazji zwiedzając skrawek miasta. Radośni ludzie grali w siatkówkę, plotkowali i przechadzali się ulicami miasta. Nikt nikogo nie poganiał, nikt na nikogo nie krzyczał. Słodkie błogie życie…

42
UWAGA! W WODZIE GRASUJE BUKA!

Po powrocie zjedliśmy kolację. Tego dnia dość szybko położyłem się spać. Nie miałem ochoty na picie alkoholu a poza tym trochę mi się zbierało na sen – co więcej sam alkohol prędzej mnie uśpi niż rozwiąże język w celu zdradzenia najskrytszych tajemnic.

***

Miałem sen.. W tym śnie ktoś mnie chciał przejechać. Dźwięk silnika był coraz silniejszy a ja coraz bardziej zdezorientowany, gdyż nie miałem gdzie uciec. Jedyną rozsądną decyzją wydawał się być krzyk. Tak też zrobiłem. Przy okazji wybudzając się ze snu.

– Też za pierwszym razem myśleliśmy, że nas przejedzie – usłyszałem głos Bartka, który jeszcze biesiadował z resztą grupy.

Okazało się, że te traktorki w tę delikatną wnękę nie zajeżdżają i można spać spokojnie. W ciągu nocy przejechało kilka takich maszyn, jednak nie wywoływały już u mnie takich reakcji.

Poranek nie był długi. Zjedliśmy śniadanie podzieliliśmy się i poszliśmy szukać transportu do Polski. Ja byłem sam i uznałem, że nie głupio będzie łapać stopa w drodze ze środka miasta na wylotówkę.

Lepiej pareset kilometrów w innym kierunku niż stać bezczynnie w miejscu…

Zarówno w drodze na wylotówkę jak i na wjeździe na nią nikogo nie umiałem złapać. Pot lał się ze mnie strumieniami a ja stałem z wyciągniętym palcem i czekałem na zbawienie.

Zegar tykał, ręka drętwiała a ja pozbywałem się zasobów wody. Co jakiś czas ktoś zatrąbił grożąc palcem. Co jakiś czas przejeżdżały też autobusy na Wenecję.

Znudziło mi się stanie w tamtym miejscu. Nie miałem zbyt wielu perspektyw. Albo wrócić do miasta, albo próbować łapać stopa tam gdzie stoję, albo wyjść i łapać stopa w innym kierunku. Uznałem, że dobrze będzie dostać się do Wenecji, a tam coś się wymyśli. Poszedłem więc w kierunku, z którego widziałem nadjeżdżające co chwilę autobusy.

Po paru minutach siadłem zadowolony na przystanku i czekałem. Nie było tam rozpiski. Z resztą kto by się nią przejmował? Przecież jeździły co chwilę.

Tym razem dłuższą chwilę ale w końcu moim oczom ukazał się autobus. Wstałem więc i zgodnie z zasadą „musisz pomachać żeby się zatrzymał” wyciągnąłem rękę. A autobus pojechał dalej…

Nie lubię nic nie robić i czekać. Wolę iść i łapać kogoś po drodze.

Poszedłem a chwilę później zobaczyłem stojącego tira na poboczu. Stał tam specjalnie dla mnie. Nie zamawiałem go ale on i tak przyjechał i zatrzymał się na poboczu. Podszedłem więc do kierowcy z nadzieją, że może mnie gdzieś weźmie.

– Dzień dobry, weźmie mnie pan w stronę Wenecji lub Grazu? – powiedziałem od razu po polsku ponieważ był on na ukraińskich blachach.
– Ja niestety nie jadę w tamtym kierunku. Na Mediolan mogę cię wziąć tylko ogarnę maszynę. Wiesz którędy na Mediolan? Bo mi się GPS popsuł i nie umiem go uruchomić. Znasz się na tym? Ja nie lubię strasznie tej elektroniki.
– Mogę coś pokombinować na tym GPSie a na Mediolan to w druga stronę i niestety nie w moją ale zobaczę na mapę i może się zabiorę.
– To popatrz, ja cię mogę wziąć.

Wsiadłem. Jakoś trzeba się wyrwać by nie stać w miejscu. A zawsze można jechać te pareset kilometrów więcej i przez Mediolan do Polski wrócić. Okazało się, że była to najlepsza decyzja jaką mogłem podjąć. Chwilę później poprosiłem o wysadzenie mnie na stacji, najlepiej takiej gdzie mógłbym przejść na drugą stronę ulicy. Kierowca znał tę stację. Z pomocą przyszedł Autogrill, który miał restaurację nad autostradą.

Głupio było mi przechadzać się z moim plecakiem pomiędzy stolikami zadbanej i wyglądającej na luksusową restaurację, ale było warto.

BINGO!

– A jesteś sam? Bo była tu taka blondynka z chłopakiem pytać ale oni we dwójkę chcieli, a ja nie mogę. Przepisy zabraniają.
– Jestem.
– No to wskakuj i za pół godziny pojedziemy.

Standardowo zostałem ugoszczony przez kierowcę (napięciem 230V i normalną wtyczką co bym mógł sobie podładować telefon i kamerkę). Był Słowakiem i do tamtego momentu nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo nasze języki są podobne. Bywałem na Słowacj,i ale nigdy nie rozmawiałem tam z ludźmi. Myślałem, że słowacki bardziej jak czeski – czyli niby zrozumiały ale jednak na dłuższą metę bez pomocy rąk nie da się dogadać.

To była bardzo pouczająca jazda. Słowak opowiedział mi nieco o kulturze włoskiej. Między innymi, że ogólnie – podobnie jak morze – we Włoszech nie jest za czysto. Oni wszystko wyrzucają pod siebie i żyją w tym syfie a tu… tutaj to inna bajka. Tutaj tereny turystyczne i dlatego czyste. Oczywiście ile w tym prawdy to nie wiem, ale nie była to jedyna rzecz, o której rozmawialiśmy.

Rozmawialiśmy również o rządach i polityce firm transportowych. Smutną prawdą jest, że Polacy, Czesi i Słowacy zarabiają za taką samą trasę znacznie mniej niż Niemcy czy inni mieszkańcy krajów zachodnich. Dodatkowo wprowadzenie euro pogorszyło warunki takich ludzi jak on. Co więcej – emerytura wojskowa nie pozwala godnie żyć w ich kraju (najniższa krajowa), co zmusza do dorabiania. Tak odpłacają się kraje naszym wojakom! Do tego momentu myślałem, że jest to tylko problem polski, a tu się okazuje, że kraje ościenne mają podobnie.

Ktoś przekornie powie, że trzeba mieć ambicje na wyższą rangę niż „szeregowy”, ale wiem, że w wojsku jest syf podobny do tego, który panuje w sejmie. Nie dziwota, że niektórzy wolą nie awansować.

Do tego dochodzi problem imigrantów z Indii czyli CYGANÓW.
Tak. Cyganie są z Indii.
Z tego co mówił na Słowacji jest około 500 tyś Romów. I to tych niepracujących, tworzących swoje getta, do których strach się zbliżać. Ktoś powie, że 500 tyś to taki Poznań – co to jest!? A tu się okazuje, że to aż 10% populacji na terenach Słowackich. Populacji, która nie ma zamiaru iść do pracy. Ciekawe kiedy państwa europy nauczą się, że ludzi nie motywuje się zasiłkami tylko ich brakiem. Jak ktoś zarabia więcej na zasiłku niż w pracy to wybór jest prosty. Tym bardziej, jeśli taka osoba nie ma aspiracji do awansu społecznego ponieważ tak została wychowana.

Oczywiście zaznaczam, że przekazuję te informacje w taki sposób w jaki sam je otrzymałem – nie mieszkam na Słowacji i średnio interesuję się ich demografią oraz polityką, dlatego informacje te nie są przeze mnie zweryfikowane. Z drugiej strony – dlaczego nie miałbym wierzyć ciężko pracującemu człowiekowi z tego kraju?

***

W międzyczasie urzekły mnie góry. To nie tak, że przejeżdżałem tam pierwszy raz. Nic z tych rzeczy. Po prostu nigdy nie widziałem jak dosłownie wyrastają ni stąd ni z owąd z drogi. Pewnie zwykle przesypiałem ten moment.

45
Eee… zdjęcie tego nie oddaje 🙁

Dowiedziałem się o inteligentnych systemach hamowania lub automatycznego zwalniania jeśli coś się dzieje przed pojazdem. Zobaczyłem na czym polega przeładunek i że wcale nie jest to tak, że każdy tir podjeżdża i czeka na załadowanie paki. W tym przypadku tir podjechał, odkręcił jedną przyczepkę, przeparkował i przyczepił drugą. Nie trwało to dłużej niż 15 min. Niestety rozdzielić nas musiały przerwy jakie kierowcy takich pojazdów muszą przestrzegać.

44
Przeładunek

Wysiadłem na ogromniej stacji na której nie było za wiele tirów. W dodatku albo wszyscy właśnie kładli się spać, albo machali ze skrzywioną twarzą.

– No ja cie mogę wziąć za pół godziny, ale tylko dwie godziny, bo muszę mieć przerwę.
– Dla mnie bomba, ale poszukam jeszcze u innych może ktoś pojedzie dłużej i szybciej.

Tak się nie stało i ostatecznie wsiadłem do tego pojazdu. Zabawne było to, że jechał on do Rybnika – czyli miasta graniczącego z moim. Co więcej mój kolega-sąsiad pracuje w tej samej firmie.

***

Ogólnie opisywanie każdego kolejnego transportu jest nudne, ale muszę wspomnieć o jeszcze jednym bardzo specyficznym kierowcy…

Kolejnym dobroczyńcom był Czech.

– Dokąd jedziesz? – rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem nie za bardzo zadbanego młodego człowieka machającego do mnie.
– Na Brno.
– Na Brno… ja jadę do…. WPISZ TU NAZWĘ MIEJSCOWOŚCI!!! Za godzinkę i mogę Cię wziąć. Tylko minutku muszę posprzątać w kabinie.

Mówił po polsku – dowiedziałem się o tym dopiero jak zaczął rozmawiać parę godzin później z jakimś kolegą z firmy. Nic z ich rozmowy nie rozumiałem, a głupi odpowiedziałem:

– Ja trochę mówię po polsku
– Ja też trochę po czesku mówię.

Wracając do głównego wątku. „Minutku” trwała bardzo długo. Otwierając drzwi pasażera spowodował lawinę butelek i innego syfu. W tej kabinie był kompletny bałagan. Jedyne na co było miejsce to na butlę z gazem (po to żeby później być poczęstowany jajkami) oraz na siedzeniu kierowcy – choć tutaj można również polemizować.

Kierowca sprzątnął wszystko na kozetkę i zaprosił mnie do środka.

***

Było już ciemno kiedy wyjeżdżaliśmy. Kierowca nie dość, że lubił żyć w chaosie to jeszcze lubił słuchać tak głośno muzyki, że cała wieś musiała ją słyszeć (a to znaczy, że ograniczenia w pewnych miejscach z powodu hałasu nie miały sensu przy tak głośnej muzie). W dodatku była to muzyka TECHNO!!! NIE LUBIĘ TECHNO. A PRZYNAJMNIEJ NIE W TAKICH ILOŚCIACH.

– Czego słuchasz? Puść coś swojego – radośnie zachęcił mnie Czech.
– W sumie to wszystkiego po trochu. A jakiego gatunku chcesz posłuchać?
– Obojętnie.
– Rock, Metal? Iron Maiden?
– O lubię ich!

46
A w tle Iron Maiden

Później przypadkiem puściła mi się piosenka Inis Mona od Eluveite, którą szybko przełączyłem. Nie każdy lubi takie kołysanki.

– Pagan metal! Zostaw, lubię to!

Nie sądziłem, że ktoś kto słucha tak bardzo elektronicznej muzyki będzie w stanie słuchać ciężkiego metalu ale jak widać się przeliczyłem.

Dalej nie działo się nic ciekawego… poza tym, że próbowałem łapać w środku nocy na stacji osobówki, ale nikt nie chciał brać. Jechało mnóstwo Polaków ale oni z kolei mieli pełne auta.. A szkoda, bo większość z nich było z moich rodzinnych okolic. Czech również pomógł mi łapać. Czekaliśmy przy audicy z blachami z Wrocławia… Był tam pewien młodzieniec rozmawiający przy stacji PO POLSKU ze swoją pasażerką. Kiedy tylko ruszył do auta zapytałem czy mógłby mnie wziąć do Polski, moje uszy usłyszały „Nie mówię po polsku”. Nie było tam akcentu obcokrajowca. Za to był akcent gbura, który nie potrafi szczerze powiedzieć „nie wezmę”, tylko musi wymyślać słabe historyjki.

***

47
„Jeszcze godzina i idę spać”
DCIM100MEDIA
Dobranoc

Po dwóch godzinach rozbiłem hamak z nadzieją, że jak wstanę o 4 to ktoś z tych parudziesięciu tirów mnie weźmie. I tak też się stało. Pół dnia później byłem w domu… I o mało co nie prześcignęli mnie Tomek z Bartkiem – a wszystko za sprawą złapania dostawczaka, podczas gdy ja wlekłem się tirem z dwoma naczepami. Mimo to udało mi się i dotarłem pierwszy do domu! (Przy okazji śmierdząc w darmowej Żorskiej komunikacji co nie sprawiało mi zbytnio komfortu psychicznego – śmierdzieć mogę na drugim końcu Europy ale w mieście rodzinnym gdzie ktoś mnie może znać… ŻENADA!)

49
Uff… na szczęście jest otwarta!

THE END

I tym śmierdzącym akcentem kończy się ta opowieść. Oczywiście po przyjściu do domu od razu wziąłem prysznic, więc śmierdzący aspekt historii zaczął pachnieć… Zatem, tym pachnącym akcentem, kończy się ta opowieść. Początkowo miało być dłużej i w Wielkiej Brytanii, ale jakoś pomysł odwlekłem na kiedy indziej… Mam nadzieje, że najazd muslimów, z którym mamy ostatnio do czynienia nie zabierze mi możliwości oglądania EUROPEJSKICH dóbr kultury i po powrocie z wielkiej wyprawy dam radę pooglądać resztę zabytków Europy.

 

 

Przypisy:

[1] Na toaletę.

[2] Karabinierzy to taka policja level pro. Nie jest to drogówka, ale prewencją też nie są. Nie wiem jak ich określić, ale zajmują się między innymi tym czym u nas policja wlepiająca mandaty za różne rzeczy…

[3]Eeee… to tylko jedna mrówka i jedna kromka. Wezmę ze środka.” – Pomyślałem i… w środku było ich całe mnóstwo. Uznałem, że mój chleb został w wyborny sposób podbity i zostawiłem go najeźdźcom.

[4] Poprawność polityczna nakazywałaby mi powiedzieć „Afroamerykanina”. Ciekawe czemu skoro „Afrowłoch” bardziej pasuje. Ale bez przesady. Przecież nie będę mówił na Murzyna mieszkającego we francji „Afrofrancuz”, albo „Afropolak”.
Dla jasności krótka lekcja kultury polskiej: Murzyn to NORMALNE i NIENACECHOWANE NEGATYWNIE określenie na rdzennych mieszkańców Afryki. Już w podstawówce uczyliśmy się o „Murzynku Bambo”. Podobnie jest z określeniem „czarny”. Przecież na nas mówimy „biały” a na Chińczyków „żółci”. Słyszeliście kiedyś, żeby ktoś poszedł siedzieć za określenie białego człowieka białym? Ja też nie. Za to słyszałem, że ktoś miał problemy, kiedy określił czarnego czarnym. I kto tu jest rasistą!?
Co innego słowo „czarnuch” – tutaj daje się już wyczuć negatywne nacechowanie.
A i na koniec… Nie mam nic do Murzynów. Nawet ich lubię, ale niestety w tej opowieści na pierwszy ogień poszli ci, którzy rzucają się najbardziej na pierwszy rzut oka (z opinią o Polakach jest podobnie). Zdaję sobie sprawę, że nie jest to przyjemne, ale opisuję to co widziałem, a nie to jak Niebieska Hołota i Gender-homo-terroryści z Brukseli chcieliby, żebym widział.
Mógłbym napisać cały esej na temat „upadku” Afryki przez białego oraz kawowego* człowieka, ale to zostawię sobie na kiedy indziej.
*Tak, kawowego. Arabowie również kolonizowali Afrykę i odnosili znaczne zyski ze sprzedaży niewolników.

[5] Co za pacan pisze „przyroda” wielką literą!? Ano ja. I nie ma to nic wspólnego z brakiem wiedzy o ortografii czy inną dziedziną języka polskiego zajmującą się takimi rzeczami. Ja wierzę w Boga i w to, że nic nie jest przypadkowe. Tym bardziej przypadkowa nie jest przyroda i to jak się zachowuje. To całkiem zgrabnie i perfekcyjnie dopracowany system miliardów zależności, które utrzymują świat w równowadze. Jedni nazywają to cudem, inni fizyką a ja oznaczam wielką literą 🙂

[7] Jak na tego typu drogi dojazdowe.

[8] Proszę to traktować z rezerwą. Dowiedziałem się tego od obcokrajowca, a jak wiadomo, plotki lubią się roznosić i MUTOWAĆ.

[9] Należał do Coca Coli – ale jak wszyscy wiemy ta ma barwy biało-czerwone.

Leave a comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *