Rozdział 1: Bieszczady

Bieszczady okazały się być istnym autostopowym rajem. Auta nie zabierały na długo ale prawie każdy brał. Na przykład mieszkańcy, którzy w większości są podróżnikami albo koleś co sam łapał stopa by móc wziąć swój samochód i podjechać po rodzinę. Ostatnie dwa auta złapałem po ciemku i dotarłem do Ustrzyk Górnych. Na dworze panował chłód, który z każdą minutą rósł w siłę. Ociężała mgła leniwie wylała się po okolicy a ja próbowałem złapać stopa na ostatni odcinek. Jedyną przeszkodą był brak jakichkolwiek pojazdów na trasie.

Było późno a chłód godny Patagoni. Musiałem znaleźć nocleg nim zamarzłbym w oczekiwaniu na jeszcze jakiś pojazd. Pod lupą był przystanek, prywatne pole wśród drzew i rozbicie się na szlaku. Wszystkie miejsca okazały się spalone. W pierwszym już ktoś spał. Nie wyglądał na podróżnika a raczej na stałego rezydenta. Spał w gotowości będąc na krześle a obok leżała paczka fajek. W (prawie)prywatnym polu coś mocno szeleściło więc w obawie o spokojne życie niedźwiedzi uprawiających freeganizm wolałem sobie odpuścić a rozbicie się na szlaku groziło grzywną tym bardziej, że były bardzo wyraźne ślady jakiegoś pojazdu. Siadłem zdemotywowany pod wiatą z parku narodowego i oglądając perfekcyjnie rozgwieżdżone niebo przecinane spadającymi gwiazdami zacząłem konsumpcję drugiej kolacji. Uznałem, że schowam się za siedzeniem. Rozłożyłem karimatę oraz śpiwór i dokańczałem konsumpcję obserwując otoczenie. Chwilę później jechał wóz strażników. Patrolowali teren z użyciem latarki. Moja miejscówka okazała się być spalona. Spaliła się tak doszczętnie jak mój optymizm na znalezienie dobrego darmowego miejsca.

Koncert w pobliskiej knajpie, rozpoczęty o 22, trwał w najlepsze a ja wsłuchany w dźwięki gitar, trąbki, perkusji i paru innych zaryzykowałem to miejsce budząc się kontrolnie co jakiś czas. Około pierwszej w nocy zrobił się niemały ruch. Nie wiem czy ludzie wracali z koncertu uznając okolice mojej miejscówki za atrakcyjne czy szli na wschód słońca ale latarki dawały jak stroboskop na dyskotece.

Czy to strażnicy? A może zwykli ludzie, którzy uznają, że trzeba wezwać straż do nielegalnie śpiącego turysty? Myśli te nie potrafiły wygrać z ciężkimi powiekami.

(Co więcej następnego dnia przeczytałem regulamin wiaty. Jeden z punktów zabraniał nawet samego przebywania pod nią w nocy. To znaczy, że nawet nie miałem prawa tam siedzieć po zmroku i jeść czy czekać na kogoś.)

Rankiem o godzinie piątej bez problemu zostałem wzięty przez pierwsze przejeżdżające auto. Po drodze strażnicy graniczni wylegitymowali naszą dwójkę a chwilę później podziwiając cerkiew i żółte niebo wylewające zza Tarnicy ruszyłem samotnie w dzicz. Szlak, wbrew temu co myślałem wcześniej rozpoczynał się w miejscu gdzie wysiadłem z samochodu. Dawało to plus 8 kilometrów więcej trekingu.

Tarnica o poranku.

 

***

W lesie światło jeszcze walczyło o swoje prawa. Spojrzałem na dziko porośnięte zbocze i spostrzegłem drzewo. Wyglądem przypominało pewne zwierze. W mej głowie rozpoczął się proces planowania działania zwieńczony upewniającym się spojrzeniem w stronę lasu. To nie drzewo. To niedźwiedź patrzący się na mnie tak samo głupio jak ja na niego.

“Nie patrz w oczy miśkowi bo potraktuje to jak wyzwanie” huczało mi w głowie i choć dystans był równy drodze hamowania awaryjnego samochodu jadącego 100km/h przyspieszyłem kroku kontrolnie sprawdzając okolice. Było czysto.

Ekologiczna toaleta z dżdżownicami.
Zakaz przekraczania granicy… Musiałem przejść chociaż na chwilę.
Roślinność i widok na Ukrainę.
Halicz

Panorama z Halicza
Droga na Tarnicę widziana spod stóp Halicza.
Byłem na Tarnicy! Żeby nie było.

Pierwszych turystów zacząłem mijać po dwóch i pół godzinach marszu na Haliczu. Godzinę później, przy wejściu na najwyższy szczyt Bieszczad turyści zaczęli plątać się pod nogami. Im dłużej trwał mój marsz tym bardziej szlak wyglądał jak wielkie wędrówki ludów. Zwieńczeniem szlaku była kąpiel w rzece i odpoczynek. Ten został przerwany przez węża pędzącego w moim kierunku. Pół metrowy gad wyskoczył zza krzaków i z podniesioną wysoko głową płynął po rzece centralnie na mnie. Zaklnąłem głośno podrywając się do ucieczki. Wąż w mig zawrócił na środku rzeki i czmychnął tam skąd wylazł.

Próbując się uspokoić obserwowałem niebo. Tam całkiem pokaźnie budowały się kolejne piętra chmur kłębiastych a w tle dało się słyszeć niewyraźne pochukiwania grzmotów. Zdecydowałem, że jest bezpiecznie a burza, która się tworzy przejdzie bokiem. Padnięty rzuciłem się w stronę Połoniny Caryńskiej.

Jak to “padnięty” i “rzuciłem się” na kolejny szlak!? To proste: z czystego lenistwa. Nogi początkowo nie bardzo chciały słuchać ale przekonałem je krótszą trasą następnego dnia. Piękne grzbiety Połonin upiększała burza w tle. Ten szlak pokonałem z wielkim trudem, jednak niezłomnie dotrwałem do końca.

Połonina Caryńska z burzą w tle.

Początkowo chciałem spać gdzieś na dziko, ale świecący latarkami strażnicy zeszłej nocy nie bardzo mi się podobali. Kara tym bardziej mi się nie podobała. Byłem zmęczony i chciałem iść spać wcześniej zamiast kitrać się na ławeczkach do późnej nocy.

  • Ile kosztuje namiot jednoosobowy?
  • 7 zł.
  • Orientuje się pan czy wspinanie się w nocy do Chatki Puchatka jest względnie bezpieczne?
  • Jest zakaz poruszania się nocą po szlakach – powiedział szorstko.
  • To jak ludzie wchodzą na wschody słońca!? – pytałem z niedowierzaniem.
  • Nie można. To znaczy nikt pana nie zatrzymie, ale prawnie nie można ze względu na wysokie ryzyko spotkania dzikich zwierząt.

Po krótkiej rozmowie zdecydowałem, że tym razem dam za wygraną mojemu najbardziej wytrwałemu kompanowi – Strachowi – i wejdę na szlak o poranku.

Park Narodowy ma wiele obwarowań. Ludzie tu mieszkający nie mają ziemi na własność a o każdą działalność na działce muszą pytać. Są to państwowe włości, dlatego ze względów prawnych ciężko jest tworzyć nowe budynki czy instalacje. Na owym polu kampingowym prysznic brało się w rzece co wieczorem nie należało do rzeczy przyjemnych. W nocy lubił przychodzić lisek chytrusek, który dzielnie wykradał jedzenie nieopatrznie zostawione wokół namiotów. Czasem zabierał nawet menażki czy buty.

Lisek Chytrusek

***

O dziwo nie wstałem pierwszy. W namiocie obok obudziły się małe dzieci i swoimi wcale nie cichymi rozmowami postanowiły poinformować wszystkich, że wstali. Mi to nie przeszkadzało – choć zakwasy mówiły coś innego i tak chciałem wstawać o tej porze.

Wchodzenie o poranku na szlaki ma swoje niewyobrażalne plusy. Pierwszym i podstawowym jest brak ludzi. A to na najbardziej uczęszczanym szlaku w Bieszczadach ma znaczenie. Nie trzeba się o nikogo potykać, czekać aż usunie się z drogi i można pobyć samotnie z naturą. A ta wczesnym rankiem nie spodziewa się ludzi na szlaku i chętnie baraszkuje.

Leżał na środku szlaku z podniesioną głową. Ponad pół metrowy wąż w bezruchu patrzył przed siebie kompletnie nie spodziewając się turysty o godzinie 5 rano. Tupałem, mówiłem nieco podniesionym tonem a ten stał gdzie stał i ani myślał o pełzaniu. Był brązowy i prawdopodobnie nie należał do wężów jadowitych. Wyglądem przypominał węża Eskulapa jednak wielkością żmiję zygzakowatą. Żył choć nie bardzo chciał żebym o tym wiedział. Może zamarł ze strachu przede mną albo próbował wtopić się swoim brązowawym wyglądem w piaskową glebę. Ominąłem go szerokim łukiem i ruszyłem przed siebie.

(Po wnikliwej analizie w domu nie odgadłem co to za zwierz. Nie pasował mi do żadnego z gatunków węży żyjących w Polsce. Za to przy jednej z rozmów z moim przyjacielem (który notabene ma tak samo daleko do biologii jak ja) dowiedziałem się, że może to być padalec. Krótkie oględziny na internecie potwierdziły tę tezę. Padalec zwyczajny: kolor brązowy, długość ok 50cm.)

Padalec Zwyczajny.
Inne zwierzątka o poranku.
Czasem szlak odstawał od tego co znamy z Beskidów Śląskich.
Chatka Puchatka

***

Szlak, choć bardzo podobny do Połoniny Caryńskiej uraczył mnie swoimi różowymi odcinkami. Mijając wielkie wrzosowiska dotarłem do końca mojej wędrówki po Bieszczadach.

Zdjęcie nie oddaje tego różu widzianego w oddali na szlaku.
Wrzosy.

Na odchodne wskoczyłem do rzeki by zmyć z siebie trudy dnia ówczesnego. Zrobiłem to pod mostem, by jak najmniej ludzi mogło mnie zauważyć. Cały namydlony nabrałem wody do menażki by wylać ją na głowę a tu zza krzaków wyskoczył jeździec na koniu. Uff…Tylko jeden – pomyślałem po czym ujrzałem dwudziestu kolejnych. Mój suszący się namiot był na ich drodze a w wycieczce również brały udział konie bez jeźdźców. Na szczęście żaden nie śmiał wdepnąć w moją własność. Pół godziny później okazało się, że rzeka jest miejscem wypadowym na popołudniowe spędzanie czasu. Z minuty na minutę przybywało ludzi by pomoczyć nogi w wodzie, zrobić sobie grilla i miło spędzić czas ze znajomymi.

O ile wjazd do Bieszczad był bajecznie prosty o tyle wyjazd do takich nie należał. Nie było źle jednak musiałem nieco dłużej postać z wyciągniętym kciukiem i nieco większej ilości aut odmachać na znak “jadę tutaj”. Uratował mnie mieszkaniec Sosnowca, a później poszło z górki.

To nie jedyny taki stary choć dobrze utrzymany dom w Sanoku.

***

Nie wielu wie, że ropę naftową odkrył Polak. Był nim pan Ignacy Łukasiewicz, który zrobił to ponad 150 lat temu. Mijając pierwszą na świecie “rafinerię” ropy naftowej w Bóbrce oraz najdłuższą Aleję Akacjową dojechałem do całkiem malowniczego miasteczka przypominającego mi Pszczynę. Właściwie jedyna rzecz jaka łączy te miasta to niemały park i pałac. Cała reszta włącznie ze stylem to inna para kaloszy. Park w Dukli wybudowany został na styl francuski. Ryneczek nie jest zbyt wielki jednak jest to dobre miejsce na przystanek w długiej podróży.

Najdłuższa aleja akacjowa.
Pałac w Dukli.
Rynek w Dukli.

Ja jako autostopowicz początkowo sklinałem na miasto, ponieważ nie było za bardzo miejsca do zatrzymania się ale wkrótce na wysepce między jezdniami zatrzymał mi się Słowak. Przyjechał 50km na zakupy do Polski bo taniej. Nawet paliwo mógł sobie taniej zatankować po drodze. Zapraszał na Słowackie piwo ale zmuszony byłem odmówić. Nie lubię piw a różnicę czuję tylko w piwach smakowych (na przykład między żurawinowym a jabłkowym…).

Podczas ostatniej podwózki rozmawiałem z osobą, która przeszła większość szlaków górskich w Słowacji.

  • Jakie masz plany w górach? – zapytał.
  • Najpierw do Słowackiego Raju by przejść się Suchą Belą oraz Przełomem Honradu a później do Tatr Wysokich.
  • Przeszedłem wszystkie szlaki w północnym Słowackim Raju. Piekne miejsce! Spodoba ci się. A gdzie idziesz w Tatrach?
  • Planuję szlak na Małą Wysoką. Podobno najpiękniejszy w Tatrach Wysokich.
  • Prawda! Ja w Tatrach sporo zwiedziłem. Idziesz na Rysy?
  • Nie planuję, a pan był?
  • Byłem ale tylko od naszej strony. Słyszałem, że od Polskiej nie jest łatwo – w tym momencie zaczął kiełkować mi pomysł przekraczania granicy przez najwyższy szczyt w moim kraju.
  • I jest trudno?
  • Nie. Są na jednym odcinku łańcuchy, ale wejście nie należy do najtrudniejszych.

Rozmowa i dopytywanie się trwało w najlepsze a w mojej głowie urosło całkiem pokaźne drzewko dające owoc marzenia – przejść przez Rysy do Polski. Zerwałem ten owoc i połknąłem go niemalże w całości.

 

Leave a comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *