Podróże – czyli pragnienia mojego serca

Było ciemno. Nie był na to przygotowany. Musiał znaleźć się w nowej sytuacji. Słyszał, że coś jest na zewnątrz. Słyszał śpiew ptaków, słyszał dźwięk telewizora, słyszał też niski dźwięk jakiegoś mężczyzny i głos jakiejś kobiety. Słyszał, lecz nic nie widział. Nie podobało mu się to. Nie dlatego, że się bał. Nie dlatego, że coś mu groziło. Po prostu był ciekawy co jest za tą wszechogarniającą go ciemnością. Wiercił się, szukał wyjścia, lecz wciąż był bezsilny.

Zaczął więc ćwiczyć boks. Codziennie po kilka uderzeń o różnych porach. Niedługo po rozpoczęciu treningu zaczęło mu wychodzić. Z początku tylko delikatnie wyginał ścianę. Jednak w miarę upływu czasu zaczął wystawiać swoje małe nóżki i rączki. Czuł, że jest coraz bliżej celu, ale nie wiedział, że wyjście jest bliżej niż myśli…

W końcu nadszedł ten dzień. Wychylił głowę. Zobaczył światło i trochę się przeraził. Nie znał tego uczucia szybciej. Tyle dźwięków na raz. Tyle nowych osób. Tyle kolorów. Krzyczał niesamowicie, lecz była jedna osoba, przy której czuł się spokojny. To była jego mama. Nie pozwalał się od niej zabrać.

Z czasem zaczął się usamodzielniać. Leżąc w łóżku często rozmawiał ze swoimi przyjaciółmi. Zawsze miał im dużo do opowiadania. Tyle się działo. Klaun o dwóch twarzach – jednej śpiącej, drugiej pełnej życia – brunatny miś, króliczek i wiele wiele innych przychodziło wieczorami słuchać o jego przeżyciach. Oni też mieli dużo do opowiadania.

Opowiadali o pięknym świecie, który ich otacza. A to tylko wzbudzało jego ciekawość. Próbował przegryzać drewniane zabezpieczenia łóżeczka. Gdy to nie pomagało zaczął się wspinać i przechodzić przez nie. Mimo to daleko nie potrafił zajść. Musiał jak najszybciej nauczyć się chodzić. A gdy tylko opanował sztukę chodzenia nie tracił czasu na pierdoły. Przyprawiał rodziców o ból głowy. Wszędzie go było pełno. Latał od jednego końca mieszkania na drugie. Co chwilę gdzieś uderzył. A to siedział pod stołem i nagle chciał wstać, zapominając co ma nad głową. A to po prostu się potknął o próg rozcinając sobie brew. Lecz to wszystko nie zniechęciło go do prowadzenia zwariowanego życia. Spędzał na dworze całe dnie. Wspinał się po drzewach, skakał przez płoty, zwieszał się na trzepaku a nawet zapuszczał się na niebezpieczne ziemie. Za nic miał zakazy rodziców. Za każdym razem znajdował się odrobinę dalej niż ostatnio. Za każdym razem znajdował się o wiele dalej niż mógł się zapuszczać. Nie zniechęcił go złamany obojczyk po upadku ze śliskiego drzewa. Ba! Nawet zachęcił! Jako jedyny na osiedlu potrafił się wspiąć na mokre śliskie drzewo. Co z tego, że kolejne trzy tygodnie musiał spędzić w gipsowej zbroi. Nawet nie zniechęcił go upadek na pszczołę. Na pszczołę? Co ja piszę… Na cztery pszczoły! A przynajmniej tyle żądeł znajdowało się w jego ramieniu. Po prostu wywrócił się podczas nauki jazdy na rowerze. Mimo to wciąż uwielbiał go dosiadać. Zawody z kolegami kto zostawi dłuższą kreskę na boisku podczas hamowania. Wyścigi dookoła boiska. Nie dało się go zatrzymać.

Pewnego razu co chwile przybiegał do domu. Jego mama w końcu zamknęła drzwi. Znalazł inne wejście do mieszkania. Wspiął się po balkonie i o mało co nie wystraszył swojej mamy na śmierć. W końcu nie spodziewała się, że ktoś będzie w domu. Przecież przed chwilą zamknęła drzwi.

Papierowe samoloty latały z małych okienek na blokach. Nadawanie im nazw. Sygnalizowanie startu. Start. Lądowanie. Wszystko odbywało się zgodnie z procedurami. Nawet od czasu do czasu wypuszczał „mlecznych” spadochroniarzy.

Bał się wody. Lecz to był inny strach. Uwielbiał nad nią przebywać, ale bał się wchodzić głębiej niż do pasa. Bał się otwierać oczy pod wodą, ale bardzo lubił puszczać kaczki, obserwować ryby, łapać je w swoje ręce. Lubił obserwować przyrodę. Zawsze był zafascynowany światem.

Pewnego dnia nawet stworzył własny samolot, którym miał odlecieć w nieznane. Nie miał zbyt wielu materiałów, lecz kosz na ubrania, parę worków i klamerki pozwoliły mu odlatywać w nieznane połacie swojej wyobraźni.

Le Parkour to tylko bardziej zaawansowana kontynuacja skakania po (nie tylko) drzewach. Nieudane próby nauczenia się break dance’u i poobijany kręgosłup po próbach kręcenia się na głowie. Modelarnia. Wstąpienie do harcerstwa. Obozowanie, spływy, obozy żeglarskie, rejsy, gitara, śpiew, pianino, perkusja. Gimnazjum i liceum w innym mieście. Wszystko po to by spędzać aktywnie czas, zaznawać wolności i upajać się swoją wyobraźnią.

Dziś ten chłopak jest studentem Automatyki i Robotyki na Politechnice Śląskiej i nazywa się Patryk. Teraz w końcu ma więcej możliwości by zaspokajać swoją żądzę poznawania świata i spełniania postawionych sobie wyzwań.
Czy jego marzenia są tylko wspomnieniem, które fajnie byłoby spełnić? Czy uda mu się spełnić większość z nich? A może przestraszy się i zacznie prowadzić spokojne ustatkowane życie?
Odpowiedzi na te pytania szukajcie na blogu.

2 thoughts on “Podróże – czyli pragnienia mojego serca

  1. Cześć,

    interesuje mnie kwestia szukania jachtostopu na kanarach. Gdzie rozbijałeś wtedy namiot? Czy na Gran Canarii jest wszędzie legalne rozbicie namiotu?

    Odpowiedz

    1. Przepraszam za zwłokę, byłem w Indonezji i niezbyt często sprawdzałem maila. Nie wiem jak z legalnością. Na Gran Canarii, koło mariny w Las Palmas, jest plaża (Playa de Las Alcaravaneras). Można się tam rozbić między palmami i nikt nie robi o to problemów. Pamiętaj tylko, żeby nie przeszkadzać traktorkowi, który oczyszcza plażę. To jedyne miejsce gdzie spałem w namiocie, gdyż większość czasu spałem na jachcie.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *