Autostopem do Berlina

Zanim zaczniecie czytać tę krótką (bo trzydniową) historię muszę Was przestrzec. Była to moja pierwsza dłuższa podróż na stopa, dlatego przy okazji opisuję wiele rzeczy, które są oczywiste dla autostopowicza. Mimo to czuję, że muszę o nich napisać. Na pocieszenie dodam, że kolejne wpisy pewnie będą krótsze o tego typu opisy.

…aaa i jeszcze jedno. Nie będę wrzucał zdjęć z samego Berlina. Myślę, że nie ma sensu ich wrzucać skoro nie różnią się zbyt wiele od tych co krążą w sieci.

Zbliżał się długi weekend (Boże Ciało) i tym samym sesja. Pod koniec maja wpadł mi pomysł, żeby gdzieś pojechać, ale nie miałem żadnego sprecyzowanego miejsca – po prostu postanowiłem, że gdzieś pojadę. Napisałem w tym celu do kumpla. Zapytałem czy coś robi w „Bożociałowy” weekend i czy nie ma ochoty gdzieś pojechać (jakieś góry czy coś). Napisał, że chętnie, ale to zależy od terminów egzaminów. Ja niestety też byłem od nich uzależniony. Na szczęście tak wyszło, że mogliśmy jechać.

Przy okazji pewnej rozmowy zapytał, czy nie chciałbym jechać do Berlina, bo tak go naszło, żeby pozwiedzać stolice państw europejskich. Nie mając żadnej konkretnej propozycji od razu się zgodziłem.

W moim założeniu było wziąć jak najmniej rzeczy, wypróbować hamak w różnych warunkach oraz jak najmniej zapłacić (a właściwie, żeby nic nie płacić, a jeszcze sobie dorobić). W celu dorobienia sobie wziąłem gitarę. To był błąd – ale o tym za chwilę.

Moja podróż zaczęła się od podrzucenia mnie na autostradę przez moich rodziców, którzy jechali wtedy do Krakowa. Wysiadłem w MOPie Knurów. Od razu jak wysiadłem zobaczyłem gościa w takim „minibusie” na opolskich blachach. Nie wiem jak nazwać rodzaj tego auta, ale było to auto mniejsze od VANa. Służyło temu panu do przewożenia materiałów do pracy i miało jedną kanapę zaraz za przednimi siedzeniami. Podszedłem do niego i zapytałem czy jedzie w stronę Wrocławia. Powiedział, że mnie podrzuci do Opola tylko zje śniadanie. Owy kierowca był dość cichy, co mi niespecjalnie przeszkadzało – częściej lubię słuchać i siedzieć cicho niż coś mówić. Wyrzucił mnie w dość ruchliwym miejscu, za co byłem mu wdzięczny. Tam stałem na zjeździe na stację benzynową z tabliczką „Wrocław”.

WP_001489

Po ok. 30 minutach czekania zatrzymał się młody gościu. To było bardzo interesujące spotkanie. Okazało się, że jest jakimś menadżerem handlowym. Między innymi obsługuje firmę, w której miałem już wtedy załatwione praktyki studenckie. Poopowiadał mi trochę o jego pracy, w tym też o mojej firmie i ogólnie fajnie się jechało. Droga była nieco dłuższa, gdyż nie jechaliśmy autostradą, ale warto było. Wysadził mnie przy jednym z akademików we Wrocławiu, a stamtąd była już prosta droga do domu kolegi.

Chciałem jechać jeszcze tego samego dnia (to było już takie późne popołudnie), ale kolega wolał jechać następnego. Tak też zrobiliśmy.

Tułaczka trzema autobusami (właściwie to dwoma tramwajami i jednym autobusem) na autostradę a tam… taka mała stacja benzynowa. Po paru nieudanych próbach łapania samochodów na drodze postanowiliśmy, że jeden z nas będzie chodził po stacji benzynowej i pytał o transport. I tak po niedługim czasie wsiedliśmy do pierwszego wozu.

Był to samochód z cysterną. Kierowca bardzo otwarty. Z wyższym wykształceniem, ale rynek pracy zmusił go, żeby pracował jako kierowca „tira”. Piszę w cudzysłowie, gdyż od niego dowiedziałem się, że TIR to nie jest wóz, a skrót z j. francuskiego oznaczający Międzynarodowy Transport Drogowy. Suma summarum słowo znajduje się już w słowniku j. polskiego i oznacza pojazd – ale to taka mała dygresja.

Przed wysadzeniem nas na parkingu pytał innych kierowców przez CB radio czy mają 2 wolne miejsca i czy mogliby wziąć autostopowiczów – niestety nikt się nie zgłosił więc musieliśmy szukać transportu na parkingu. Zaczęliśmy od stacji benzynowej. Później przeszliśmy cały parking wzdłuż i wszerz pokazując kierowcom karteczkę z napisem „Berlin”. Nikt nas nie chciał wziąć – albo nie mógł. Jedni jechali w innym kierunku, inni mówili, że bardzo by chcieli, ale firma, dla której pracują zabrania przewozu autostopowiczów a jeszcze inni po prostu kiwali głową na „nie”.

Tam nie stało kilka pojazdów – tam było ich kilkadziesiąt. Parking był na prawdę ogromy a dodatkowo na stację benzynową co chwile podjeżdżał jakiś pojazd. Wyszliśmy na wyjazd z tego parkingu i tam nieudolnie łapaliśmy stopa. Na szczęście Polak nam się zatrzymał. Co bardzo ciekawe – na Polaków w tirach można bardzo często liczyć. Przynajmniej jeśli chodzi o przewóz 2 osób.

Z tirami to jest tak: najczęściej są zarejestrowane na 2 miejsca – czyli kierowca i nawigator/zmiennik/ktokolwiek. Jak sami pewnie się domyślacie przewożąc więcej niż 2 osoby takim kierowcom grożą pewne restrykcje. Z tego co nam opowiadali kierowcy, to od Polski na wschód ludzie średnio się nimi przejmują – co dawało nam pewny transport na długie kilometry. U nas to zwykle wyglądało tak, że jeden z nas siadał na łóżku (nie wiem jak to się fachowo nazywa), a drugi siedział na miejscu pasażera. Kierowca zwykle mówił, że da znać osobie, która siedzi na łóżku, kiedy ma się schować. Oczywiście było to związane z miejscem gdzie często stoi policja i wypatruje takich tirów lornetkami.

Tak na prawdę na przedmieścia Berlina dostaliśmy się dwoma tirami. Jak dla mnie bomba. Dodatkowo ostatni gościu zatrzymując się na stacji benzynowej pod Berlinem ugościł nas swoją herbatą, palnikiem gazowym, olejem i patelnią. I w taki sposób zjedliśmy sobie uprzednio zakupione kiełbaski.

WP_000274

I wiecie co? Jako rowerzysta i kierowca osobówki często miałem z górki na kierowców tirów. Bo to wyprzedzają spychając z drogi, a to na rondzie się wryją itd. Wszyscy wiemy jak to czasami wygląda. Jednak po tym wyjeździe zmieniłem swoje zdanie. Wielu z nich to na prawdę fajni i dobrzy ludzie. Poza tym wiele pojazdów tego typu ma swoje czujniki. Pracodawca wie kiedy ktoś hamuje, jakie ma spalanie paliwa w danym miejscu itd. Później są z tego rozliczani: „A dlaczego pan tutaj tyle razy hamował? Pana jazda jest nieekonomiczna.”

Niby byliśmy już pod Berlinem, ale… jeszcze trzeba się do niego dostać. Kierowca uprzedzał nas, że autostrady w Niemczech są „zasiatkowane”. Tzn. na całej długości są porozciągane siatki i nie da się wejść ani wyjść na autostradę inaczej jak tylko wjazdem. Oczywiście poruszanie się po autostradzie pieszo jest surowo zabronione i tego chcieliśmy uniknąć. To miał być jak najtańszy wyjazd a mandat, który pewnie tani nie jest, trochę by nas pogrążył.

Zaczęliśmy poszukiwania wyjścia. Pytaliśmy ludzi z osobówek, pytaliśmy sprzedawczyni w sklepie. Jedyna informacja jaką zdobyliśmy to: „nie da się stąd wydostać inaczej niż pojazdem – ew. możecie iść 2 kilometry autostradą. Tam będzie zjazd”. Jak już wyżej pisałem nie podobał nam się ten pomysł, więc zaczęliśmy poszukiwania dziury w płocie lub miejsca gdzie można przeskoczyć przez siatkę. Niedługo musieliśmy szukać. Znaleźliśmy, lecz to był dopiero początek.

Przeskoczyliśmy przez płot (a właściwie przeszliśmy przez dziurę w płocie) i poszliśmy poszukać przerwy między polami. Stamtąd trafiliśmy na polną drogę a nią do asfaltówki. Widoki były piękne – ale nie dlatego, że Niemcy. W Polsce też wielokrotnie byłem zachwycony podobnym widokiem. Ładna równa droga, na jej poboczu rosną drzewa a dookoła same pola. Gdzieś w oddali widać jakieś lasy…

WP_000283

Przeszliśmy parę kilometrów nim złapaliśmy kolejnego stopa – a mijało nas wiele samochodów. Suma sumarum zatrzymała się nam Niemka w średnim wieku. Trochę z nią pogadaliśmy – po niemiecku. Na koniec powiedziała nam co i jak. Czyli podrzuciła pod przystanek S-bahnowy, powiedziała którym pociągiem najlepiej jechać i na koniec dała nam 10 euro. Byliśmy jej bardzo wdzięczni.

Stamtąd już dotarliśmy do samego centrum Berlina. Zwiedzanie zaczęliśmy od zapytania zielonych policjantów gdzie możemy grać na gitarze. Funkcjonariusz odpowiedział, że właściwie to wszędzie, ale najlepiej nie pod parlamentem.

Pytanie to wynikało z prawa Polskiego. W Polsce w większych miastach na ogół (choć nie zawsze) są strefy, gdzie trzeba uzyskać pozwolenie na granie.

Zakaz wjazdu czołgiem
Zakaz jazdy czołgiem

Odpoczęliśmy trochę w parku, zwiedziliśmy główne ulice i poszliśmy grać. Niestety nikt nam nic nie wrzucał. Po około 40 minutach grania zrezygnowaliśmy i poszliśmy obadać miejscówkę do spania. Podeszliśmy tym razem do niebieskich policjantów i pytamy czy możemy spać w namiocie oraz na hamaku w parku w centrum Berlina. Odpowiedź policjanta totalnie mnie zmiażdżyła.

„Jasne, ale nie polecam, gdyż rano możecie obudzić się bez rzeczy, bo wam ukradną”.

Na prawdę nie potrafiłem się pozbierać po odpowiedzi. Byłem przygotowany na stanowcze „nie”. Nie wiem czy wszyscy wiedzą, ale takie spanie w polskich lasach jest zabronione.

…A co dopiero w parku w centrum stolicy!

Oczywiście ten kto biwakuje w lasach wie, że ten przepis polskiego prawa nie jest zbyt często egzekwowany, ale chodzi o sam fakt.

Ostatecznie zdecydowaliśmy z Bartkiem, że wyjeżdżamy na obrzeża miasta (gdzie będzie bezpieczniej) i od razu z rana jedziemy do Drezna.

Przy okazji zwiedzania Berlina zobaczyliśmy dzikie króliki (nie, nie były to zające). Kolejny szok dla mnie. Nigdy nie widziałem dzikich królików. A już na pewno nie spodziewałem się tego w centrum jakiegoś dużego miasta.

Około 23 wyjechaliśmy z miasta. Mieliśmy mały kłopot ale ostatecznie wysiedliśmy tam gdzie zaplanowaliśmy. Kłopotem była S-bahna, która o tej godzinie nie skręcała tam gdzie chcieliśmy. Jednakże bardzo miły konduktor powiedział nam co i jak i 3 minuty później byliśmy już w kolejnym pociągu.

Wysiedliśmy na jakimś… niezbyt czystym miejscu i powędrowaliśmy szukać odpowiedniego miejsca na biwak. Właściwie użycie liczby mnogiej przy wyrażeniu „powędrowaliśmy szukać” jest nieco przesadzone. Owszem, obydwoje poszliśmy szukać, jednak Bartek ma dużo większe doświadczenie w tych rzeczach, dlatego to dzięki niemu mieliśmy przede wszystkim bezpieczną miejscówkę na sen.

Swoją drogą szkoda, że na blogu nie można dać przypisów – znacznie ułatwiło by to czytelność tekstu przy takich wstawkach.

Niedługo musieliśmy szukać. To nie był las, ale było tam parę drzew gdzie mogliśmy się schować i gdzie ja mogłem rozwiesić hamak. Musiałem trochę się nagimnastykować bo drzewa były bardzo.. krzewiaste i giętkie więc miałem takie zmodyfikowane minibungee na hamaku. Standardowo Bartek rozpalił ognisko. Przy nim zjedliśmy kolację, trochę pogawędziliśmy, wypiliśmy jakieś tanie wino i poszliśmy spać.

Hamak, na którym Bartek suszy sobie śpiwór.
Hamak, na którym Bartek suszy sobie śpiwór.
Śniadaniowe ognisko na przedmieściach Berlina.
Śniadaniowe ognisko na przedmieściach Berlina.

Następnego dnia wiało niesamowicie. Słońce gdzieś się schowało za grubą warstwą chmur – na szczęście nie padało. Szybko zjedliśmy śniadanie – jak widać na załączonym obrazu są to „przezdrowe” zupki chińskie – i poszliśmy w stronę lotniska a tym samym w stronę rozjazdu na autostradę. Spędziliśmy tam sporo czasu a ja zacząłem mieć głupawkę. Cały czas wypowiadałem z nieco przesadzonym niemieckim akcentem słowo „flughafen”.

Później parę razy musieliśmy zmieniać miejsce – pociągiem. Ostatecznie przeszliśmy parę, może nawet paręnaście kilometrów i dotarliśmy do… do nikąd.

N-ty kilometr łapania stopa.
A właściwie dotąd gdzie wskazuje znak – „Waltersdorf 3km”

Wielkie centrum handlowe. Nikt się nie zatrzymuje a wszyscy jadą albo gdzieś niedaleko albo nie biorą. Poszliśmy więc na stację benzynową pooglądać dokładniejszą mapę i sprawdzić gdzie jeszcze jest możliwość ucieczki z Berlina. Jak się okazało to była ostatnia możliwość – no… mogliśmy jeszcze próbować jechać na drugi koniec – czyli północny, ale to trochę mijało się z celem. Pytaliśmy kierowców wjeżdżających na stację czy jadą na autostradę, albo chociaż na Ring Berliński. Bez skutku.

Po dość długim okresie czasu podjechało odpicowane białe BMW na poznańskich blachach. Uradowani, że Polak podbijamy do gościa i pytamy o transport. Trochę pokręcił nosem, pomarudził, że raczej nie, ale się zastanowi. Po 15 minutach robienia zakupów na stacji wyszedł i powiedział „Dobra chłopaki podrzucę was”.

Radość niesamowita. Zabieramy rzeczy i idziemy w jego kierunku, a on tylko tak na nas popatrzył i mówi: „oo nie, za dużo rzeczy macie, nie wezmę was”. Ja bym odpuścił, ale na szczęście Bartek był obok i powiedział „bardzo prosimy. Jesteśmy zdesperowani.” Zgodził się. Miał małego, nieco chorego syna. Okazało się, że nawet jechał w naszym kierunku – tzn. przez Drezno na Pragę. Bartek siedząc z przodu zaproponował, żeby nas wyrzucił w Cottbus lub gdzieś po drodze. Na co nasz wybawiciel powiedział twardo i szorstko: „Nie tak się umawialiśmy”. I wywiózł nas na autostradę na Frankfurt. Zapewne będąc z Poznania była to dla niego jedyna droga do Polski. Trochę szkoda bo Drezno musi teraz trochę poczekać na nas.

Wdzięczni za to, że chociaż mogliśmy się wydostać z Berlina poszliśmy szukać dalszego transportu. Tam stosunkowo szybko znaleźliśmy coś prosto do Polski. Gdzieś w Świebodzinie wysiedliśmy a następnie dotarliśmy pod Zieloną Górę. Łapaliśmy stopa jeszcze przez ponad godzinę. Później zaczęło się ściemniać i padać więc rozbiliśmy obóz w zagajniku obok.

Rano też nie potrafiliśmy nic znaleźć. Byliśmy tuż przed rondem na rozjazdy na drogę ekspresową. Bartek w końcu zaproponował, żeby iść na starą drogę. Nie byłem przekonany do tego, ale się zgodziłem. A co tam. Najpierw poszliśmy sprawdzić czy na samym wjeździe będzie miejsce do łapania stopa – nie było. Na starej drodze nie długo musieliśmy czekać. Zatrzymał się starszy pan. Musi być niesamowitym dziadkiem. Nie było mu po drodze nas podwozić, ale jednak to zrobił i to jak!

Przewiózł nas przez Zieloną Górę opowiadając nam o niej. Dowiedziałem się paru ciekawych rzeczy no i trochę zobaczyłem tego miasta. Później podwiózł nas za miasto na stację benzynową przy drodze ekspresowej. Tam chwilę czekaliśmy i złapaliśmy młodego gościa, który jechał prosto do Kato. Opowiadał, że często jeździ tamtymi drogami – dlatego mogliśmy śmigać dość szybko. Fotoradary i miejsca kontroli w jednym palcu. Proponował nawet owoce, które miał.

Dla Bartka podróż skończyła się w Gliwicach. Stamtąd próbował dostać się do Rybnika. Ja natomiast wysiadłem w Kato – i to nie był najlepszy pomysł. Nic nie umiałem złapać i pewnie bym nie złapał gdyby nie znajomi rodziców, którzy zobaczyli mnie w ostatniej chwili. Byli na 3 pasie więc zjeżdżając musieli prawie w poprzek drogi jechać. I w taki sposób dostałem się prosto pod mój dom.

To była niesamowita podróż. Mimo, iż bardzo krótka, to była moja pierwsza większa przygoda (nie licząc zaplanowanych wyjazdów z rodzicami – ale zaplanowany wyjazd to coś zupełnie innego). Wiele się nauczyłem i jak to się mówi „złapałem stopowego bakcyla”.

Leave a comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *