W Polsce dawno śniegu nie było. Lecę na Islandię zobaczyć śnieg!

Tanie loty, spanie pod plandeką budowlaną lub w jaskini, przepiękne widoki i wspaniali a co ważniejsze zaskakujący ludzie. Wszystko to skondensowane w 4 i pół dnia pobytu na „tajemniczej wyspie”.

PROLOG

Była noc. Statki czekały gotowe w porcie a on leżał i myślał o kolejnej wyprawie.

Okres letni dla wodza Ingólfura Arnarsona był wybawieniem. Myślał tylko o surowej i dymiącej krainie odkrytej przypadkiem podczas jednej z wypraw. Brak ziem uprawnych sprawił, że wódz musiał poszukać czegoś nowego dla swoich podwładnych.

I znalazł.

Tylko tam zimno i dymno. Ale świeżo.

Myślał tak bardzo, że sam Sen bał się do niego podejść nie chcąc zaburzać jego planów.
A co jeśli właśnie w momencie kiedy miał odpuścić myślenie przyszedłby mu świetny plan do głowy? Co jeśli przelatująca Myśl widząca śpiącego człowieka wpadłaby do głowy kogoś innego? Co wtedy?

Nie mógł zasnąć. Po prostu nie mógł.

***

Róg zawył i nadszedł długo wyczekiwany ranek. To był sygnał dla wioski, że czas wyruszać na odkrywanie nowych ziem.

Pogoda im dopisywała. Słońce od dawna tak mocno nie grzało a wiatr rozpoczął swoją spokojną podróż po oceanie zabierając ze sobą łajbę.

***

Po nieco ponad tygodniu dało się słyszeć głos:

– Ziemia na horyzoncie!

– Wyrzucić trzpienie tronowe! Osiedlimy się tam gdzie przypłyną! – krzyknął wódz.

 

W taki sposób ich oczom ukazał się…

-Reykjavik! – co w języku Normanów znaczy „dymiąca zatoka”.

POCZĄTEK WYPRAWY

1142 lata później przybyłem na tę ziemię ja wraz z kolegą Pawłem. W przeciwieństwie do wodza pierwszym widokiem jaki zobaczyłem po wylocie z mojej ojczyny były fiordy Norweskie przy Bergen, gdyż z powodu kiepskiej pogody nasz samolot musiał się tam dotankować. W najgorszym razie mieliśmy lądować gdzieś indziej. Gdzieś indziej niż Keflavik.

Już w tedy pomyślałem, że może być ciężko ze snem pod plandeką budowlaną.
…Zaraz zaraz… jak to „pod plandeką”!?

Islandia nie różni się wiele od innych krajów skandynawskich jeśli chodzi o ceny. Za spanie na ziemi we własnym śpiworze w okresie zimowym zapłacicie 3300 koron (ok 100zł) a w okresie letnim 4500 koron (ok 140zł). Chyba nawet największy rozrzutnik uzna, że jak na polskie warunki to całkiem sporo jak za SPANIE NA ZIEMI WE WŁASNYM ŚPIWORZE(!!!).

No dobra, ale dlaczego nie wzięliśmy normalnego namiotu, tylko plandekę budowlaną?

Odpowiedź jest bliżej niż myślisz i jest tak mała i lekka jak plandeka. Bagaż podręczny też musi być mały co skutecznie uniemożliwia wzięcie taniego a tym samym dużego namiotu.

***

Po wylądowaniu jednak nie widzieliśmy dymiącej zatoki. Naszym oczom ukazała się „kilometrowa” droga z samolotu po niezbyt wygodnie spakowane bagaże. A skoro były niewygodnie spakowane to przyszedł i czas na ich przepakowanie.

Niestety miejsce, które przyszło wraz z czasem nie było odpowiednie i dostaliśmy upomnienie od strażniczki o krągłych kształtach, że przepakowanie jest możliwe na terenie lotniska, ale musimy to zrobić w innym miejscu (tym samym wskazując w odpowiednim kierunku).

Przy okazji swojej gościnności padło pytanie czy przyjechaliśmy na długo, jak będziemy spać itd. Po odpowiedzi na to ostatnie nasze uszy dostały w prezencie za najlepszy żart roku gradem ironii i pobłażliwego śmiechu.

-W tym będziecie spać? – dziwiła się strażniczka – Nie wydaje mi się, że TO wytrzyma dzisiejszą noc. Wiatry mają wiać z prędkością 29m/s. NIE DACIE RADY!

„TO” to był NASZ DOM! I to oburzenie nie schodziło nam z twarzy do czasu wyjścia z budynku.

PRZYWITANIE

Gdy tylko drzwi się otworzyły buchnął w nas ryk wiatru, który bardzo nie chciał nas wypuścić wpychając nas z powrotem do budynku. Ale co to dla nas! W końcu mieliśmy pałatki i kurtki przeciwdeszczowe. Tak wyposażeni wiatr mógł nam tylko naskoczyć.

Niestety wyposażenie na kurtce się nie zatrzymało o czym ja najwyraźniej zapomniałem biorąc „najodpowiedniejsze” spodnie na taką pogodę – jeansy.

Woda ma to do siebie, że gdy już osiądzie na czymś (w tym przypadku mojej głowie, ramionach i tułowiu) to lubi spływać na dół. O ile jest to jak najbardziej wskazane w przypadku równowagi obiegu wody na Ziemi i w atmosferze, o tyle nie jest to pożądane zjawisko na MOJEJ KURTCE! Kropelki wody osadzające się na mojej głowie zbijały się w większe grupy a te bawiły się w „kto pierwszy na dole” pociągając przy okazji do zabawy swoich kumpli. Tym samym na moje spodnie nie kapała już tylko woda tylko lał się wodospad Niagara.

Swoją drogą pierwszy raz spotkałem się z takim opadem. Nie był to śnieg. Grad też nie. A już na pewno nie deszcz. Właściwie nie było to nic z tego i zarazem wszystko razem. I nie występowało to w osobnych formach tylko w dziwnym połączeniu w jedno. Podobnie jak cząsteczki wody, które po rozszczepieniu składają się z wodoru i tlenu, a te znacznie różnią się swoją formą przed połączeniem ich razem.

I w taki sposób moje „najodpowiedniejsze” spodnie na taką pogodę w ciągu pierwszej minuty były kompletnie mokre a buty, gdyby tylko były większe pozwoliły by mi na posiadanie własnych dwóch basenów. Niestety jeansy mają to do siebie, że bardzo długo schną a chłoną wodę jak gąbka, dlatego musieliśmy znaleźć coś suchego i ciepłego do spania aby nasze rzeczy mogły wyschnąć. Bo jakaż to przyjemność chodzenie w mokrych butach i w zimnych, mokrych spodniach przy temperaturach około 0 stopni Celsjusza?

Po długich poszukiwaniach (i okazjonalnym szukaniu miejsc do spania np. na przystanku, który osłaniałby nas od wiatru i deszczu) znaleźliśmy stosunkowo tani Guest House – Geysir. Niestety tylko stosunkowo ponieważ wynajęliśmy sobie pokój za 60 euro (na 2 osoby). Ale… NA SZCZĘŚCIE… biorąc pokój wzięliśmy całe mieszkanie i mieliśmy je tylko dla siebie. A jak! Jak balować to balować.

Wykąpani i pojedzeni do godziny 2 w nocy oglądaliśmy telewizję na 50 calowym telewizorze.

2
Iście surwiwalowe warunki
DCIM100MEDIA
Śniadanie

PIERWSZY DZIEŃ

Rankiem słońce przedarło się przez zasłony kłując nas po oczach. Dokładnie tak jakby chciało nam je wykłuć. Żółwim tempem zebraliśmy się z łóżek i zaczęliśmy się zbierać. W między czasie Islandia popisywała się swoimi umiejętnościami pogodowymi.

***

Taka sytuacja: siedzimy w kuchni i patrzymy za okno – za oknem słońce i bezchmurne niebo. Jednak nie do końca… Gdy przeszliśmy na drugi koniec mieszkania okazało się, że na zewnątrz nie widać nic w odległości 20 metrów. TAAAAAAAAAAAKAAAAAAAAAA [1] była zamieć śnieżna. Zupełnie tak, jakby pogoda nie umiała się zdecydować i w akcie desperacji rozdarła się na pół tak, jak robi to czasem szef z papierową prośbą o urlop. Oczywiście woleliśmy ładną pogodę więc wróciliśmy do kuchni.

Z naszych ambitnych planów wyruszenia skoro świt pozostało tylko wspomnienie, gdyż dopiero około południa wyszliśmy z domu. Ale zanim dostaliśmy się na „jedynkę”[2] chcieliśmy kupić jakieś paliwo do mojej kuchenki.

I w tym celu musielibyśmy wynająć ekipę poszukiwawczą, bo niestety na Islandii są specjalne sklepy z alkoholem i nigdzie indziej nie da się go dostać[3]. A gdy pytałem o coś łatwopalnego to dawali mi rozpałkę do grilla[4]. Ale czego się spodziewać po kraju w którym zalegalizowano alkohol, żeby kraj nie zbankrutował a piwo zalegalizowano dopiero 1 marca 1989r[5], by móc oblewać obalenie komunizmu w Polsce[6].

Z drugiej strony dobrze, że nie trafiliśmy do sklepu z alkoholem. Jak się później dowiedzieliśmy od Polaków mieszkających tam, alkohol jest bardzo[7] drogi.

4
Keflavik

***

Droga na Reykjavik z daleka wyglądała na bardzo ruchliwą. Pełni werwy i nadziei poszliśmy w jej kierunku, przy okazji padając ze śmiechu. Otóż idziemy bezdrożami a tam… jakiś gościu wyszedł z psem na spacer.

No dobra. Wyszedł, ale co w tym dziwnego!?

Bo on jechał autem z pootwieranymi oknami na oścież a pies szedł sobie za nim…

5
Wyjście na główną drogę

Pierwszy autostop poszedł lepiej niż myśleliśmy bo po jakichś 5-10 minutach złapaliśmy pierwsze auto. A ja przy okazji zapędów masochistycznych uczyłem się podstawowych zwrotów Islandzkich od kierowcy.

– Jeśli tak powiesz to na pewno cię zrozumieją.

Taka odpowiedź mnie nie satysfakcjonowała, bo to znaczyło: „Twój akcent i wypowiadanie pewnych słów brzmi jak pierwsze wersje syntezatorów mowy”. Ale starałem się. Mimo to później okazało się, że „dzień dobry”, „dobrej nocy” i „dziękuję” wymiękają przy „bardzo dziękuję”.

6
Gdzieś tam jest Reykjavik

ZMIANA PLANÓW

Przedmieścia Reykjaviku zachwycały czystością. Poza tym w połowie drogi zrezygnowaliśmy, ponieważ nie było dobrych dróg do łapania stopa. (Na upartego po dłuższym czasie oczekiwania pewnie coś by się zatrzymało na jedynym dobrym miejscu do zatrzymania się – czyli przystanku autobusowym.)

Zeszliśmy w stronę jedynki i idąc jak czołg ciśliśmy przez bezdroża. Przy okazji wspięliśmy się na górkę, na której była drewniana chatka[8]. Widok na Reykjavik i okolicę był bardzo typowy – pełno domków a w oddali góry, którym głodny Bóg w akcie stworzenia przy okazji jedzenia śniadania odciął szczyty, bo stwierdził, że będą dobrze komponowały się z pasztetem. Ale jak ktoś nie lubi takich widoków to wystarczyło obrócić się w drugą stronę, gdzie poza polem golfowym i jeziorkiem nie było już nic. Kompletna pustka…

To ona nas ciągnęła jak na sznurku i nie pozwalała wrócić do miasta.

12
Potencjalny schron

 

11
Panorama na Reykjavik
10
Pustka, która ciągnęła nas jak na sznurku

***

Godzinę później poznaliśmy magię autostopu na Islandii, która już wtedy nas zadziwiała. W tym momencie stwierdziłem, że na Islandii przygotowujesz się do wyciągnięcia autostopowego palca a samochód już przy Tobie stoi[9]. Podobnie było w tym przypadku. Ledwo wyciągnęliśmy rękę a samochód już był obok nas.

Opisywanie każdego stopa po kolei mija się z celem ale nadmienię tylko, że do końca tego dnia każdy następny złapany samochód (a było ich 6) był pierwszym samochodem jaki nas mijał. Inną sprawą był fakt, że im dalej w głąb lądu tym mniejszy ruch a tym samym czas oczekiwania na stopa się wydłużał. Ale nie było źle – 5-30 minut to wciąż nie tragedia.

TAJEMNICZA WYSPA PRZESTAJE SIĘ WSTYDZIĆ I ODKRYWA KAWAŁEK SIEBIE

A co widzieliśmy?

NIC.

W każdym tego słowa znaczeniu.

Raz była śnieżyca i widoczność była mniejsza niż 3 metry. Pięć minut później było pogodnie ale dookoła dalej było nic. Czyli rozległe połacie wulkanicznych gór, kamieni, równin… Piękne, okrągłe jak wyspa NIC.

13jpg
Co pięć minut na pięć minut
14
NIC po raz pierwszy

Ale to nie wszystko.

-Jeśli chcecie to zatrzymam się wam przy kraterze wulkanu wypełnionym wodą. Zimą jest zamarznięty i mało widać. Legenda głosi, że w jego głębinach pływa potwór…

Oczywiście skorzystaliśmy. Otwierając drzwi wiatr postanowił mi pomóc. W tym momencie pomyślałem, że jeszcze przyjdzie mi na Islandii płacić za naprawę wyrwanych drzwi. Na szczęście nic im nie było, ale od tego czasu mocno trzymałem drzwi przy otwieraniu.

16
Kerid zimą

Wracając znad krateru mógłbym pobawić się w „latawiec”. Wystarczyło tylko przywiązać sznurek do mnie. Wiatr dął tak niesamowicie mocno, że schodząc[10] po oblodzonym pochyleniu wjeżdżałem pod górę zamiast zjeżdżać w dół.

To nadal nie wszystko. Późniejsze widoki coraz bardziej wprawiały nas w zachwyt. Na Wasze nieszczęście żadne zdjęcia nie oddadzą tego co widziałem. Tam po prostu TRZEBA BYĆ.

***

Amerykański film. Akcja kręcona gdzieś w okolicach Nevady z tym wyjątkiem, że praktycznie nie ma drzew. Gdzieś w oddali widać góry a przed górami płasko, płasko i jeszcze jakby płaskości było mało – płasko. Przez pustkowia rozciąga się jedna jedyna droga a co jakiś czas towarzyszy jej płot ciągnący się kilometrami. Raz na parę kilometrów przerwany bramą wjazdową. Szutrowa droga po dziesięciu minutach marszu prowadzi do widocznego z oddali domu. Przy domu duży pick-up oraz stajnia. Stajnia bez koni, bo konie pasą się 5 a może nawet 10 kilometrów dalej przy ogrodzeniu najbliższego sąsiada.

Dokładnie taki obraz pamiętałem z amerykańskich filmów. I dokładnie takim obrazem raczyła nas tego dnia Islandia.

15
Hameryka
17
Hameryka razy dwa

NIEDOWIAREK

A jacy byli ludzie?

Ludzie bardzo pomocni i mili. Nie wiem czy branie nas na stopa było bardziej na zasadzie „robi się ciemno, jest zima, a w nocy ma być paskudna pogoda więc wezmę ich ten kawałek dalej, żeby mogli dotrzeć do jakiegoś hostelu” czy może na zasadzie zwykłego brania niezależnie od okoliczności.

W każdym razie ludzie byli pomocni poza jednym wyjątkiem…

Ostatnim stopem tego dnia.

***

Było już ciemno. Jedyna jasność biła od księżyca a docierając do powierzchni ziemi rozpływała się po pokrywie śnieżnej. Miałem kamizelkę odblaskową na sobie. Wszakże oni po tych drogach często suną 100 km/h. Paweł z czołówką na sobie. Robimy sobie filmy, cykamy zdjęcia, podziwiamy widoki, gadamy i nagle jest!

-Jedzie auto! – i dziesięć minut później stoimy już z wyciągniętą ręką.

Zapytacie „Jak to „dziesięć minut”!?”. Pamiętacie amerykański widok? Tam było widać auta jak jechały nawet 30 kilometrów dalej. I nie przesadzam. Ale na tej drodze ta widoczność ograniczała się do jakichś 5-10km, bo w tamtym miejscu występowały już pagórki i zakręty, więc droga w swojej monotonii bycia wykorzystywaną postanowiła pobawić się z nami w chowanego.

Samochód wyłączył długie, otworzył okno, zwalniał i zwalniał… MINĄŁ NAS, przyspieszył i zatrzymał się 200 metrów dalej. W tym samym czasie nasza Radość puściła się w taniec uwielbienia, radowała się coraz bardziej, potknęła się, zaczęła się załamywać po czym znowu zaczęła się radować, gdy na tylnej części pickupa pojawiły się białe światła i samochód znów zaczął się do nas zbliżać.

– Cześć, jedziesz w stronę Gulfoss i mógłbyś nas wziąć[11]?
-A..a. aa.. al. Ale.. no… do………………..bra.

Kropki wraz z głoskami[12] zostały użyte w niedomiarze, żeby Was nie zanudzać. A jakbym opisał jego styl i ton wypowiedzi?
Wyobraź sobie, drogi Czytelniku, że doznałeś właśnie jakiegoś szoku. Np. ktoś bardzo mocno uderzył Cię w głowę albo właśnie przeżyłeś katastrofę samolotową[13] i za bardzo nie wiesz co się obok Ciebie dzieje. Dodaj do tego taką prostą chęć poznania świata. Mniej więcej taką jak u niemowlaka sprawdzającego czy rodzic nie kłamie mówiąc, że żelazko parzy. Nutka ironii nie zaszkodzi. A do nutki ironii jeszcze nutka chamstwa.

Mniej więcej w takim stylu rozmawiał z nami ten człowiek.

-Co tu robicie!?
-Dlaczego!?
-Ale jak!?
-Jesteście z Polski!?
-Ja mam tu swoją farmę, ale mogę was podwieźć dalej jeśli chcecie bo jestem MIŁYM GOŚCIEM.

Wręcz emanował miłością…
…do szoku, ironii, chamstwa i próby zrozumienia świata, który jak widać dla niego był wielką abstrakcją.

.

..

…„Jesteście z Polski!?”…
..

.
W tym momencie nie wiedziałem czy być dumny z mojego narodu[14] czy w jego oczach byliśmy jakąś inną kategorią narodowościową.

Wysadził nas jakieś 6km od Gulfoss przy ostatnich zabudowaniach, gdzie można wynająć domek.

-Dzień dobry. Chcielibyśmy kupić jakieś bardzo tanie miejsce na przykład na podłodze czy w piwnicy.
-Dzień dobry. 5 tysięcy wraz z pokojem, łóżkiem, prysznicem i śniadaniem.
-Ale nam naprawdę nie wiele trzeba. Wystarczy jakieś miejsce NA PODŁODZE.
-Dom do wynajęcia jest tam – wskazała na jednopiętrowy schludny domeczek – i tylko to wynajmuję.
-Naprawdę nic się nie znajdzie? Albo chociaż taniej?
-Jedynie 5 tysięcy mogę zaoferować.

W kolejnym domku do wynajęcia było podobnie, dlatego obrażeni na cały świat poszliśmy szukać miejsca do rozłożenia naszego „namiotu”[15]. Paweł miał jeszcze plan, żeby iść kawałek w stronę domów i poszukać albo w stronę Gulfoss i później się rozbić „bo było jeszcze wcześnie”. Dobrze, że tego nie zrobiliśmy.
Znaleźliśmy jakąś budkę (prawdopodobnie z prądem). Ochraniała nas z jednej strony przed wiatrem, ale jak chciałem wbić śledzie to zamiast ziemi przebijałem sobie dłoń. Ziemia była tak zmarznięta, że nawet kilof miałby problem. Więc zamiast śledzi użyliśmy płotu, „nóżek” budki oraz sznureczków przyczepionych do plandeki. Niestety w tym rozwiązaniu nie byliśmy osłonięci od wiatru przez budkę, ale przynajmniej nasz schron trzymał się z każdej strony. No prawie…

Bo „wyjście” nie było do niczego przyczepione i latało w nocy jak głupie. Myśleliśmy, że rozerwie tę plandekę i będziemy musieli wstawać w tej zawiei i zbierać swoje manatki. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło – a wiało niesamowicie mocno.

Dodatkowym atutem tego miejsca była stosunkowo wysoka wyschnięta trawa, która choć trochę izolowała nas od podłoża. Dla mnie było to bardzo ważne, ponieważ zamiast wziąć porządną karimatę wziąłem sobie cienką alumate. Bardzo fajna bo mała i wszędzie się zmieści, ale w zimie trochę ciągnie od podłoża.

Rankiem byliśmy częściowo zasypani śniegiem. Pozbieraliśmy manatki dziękując Bogu, że plandeka się nie rozerwała i ruszyliśmy dalej.

DCIM100MEDIA
Atrapa namiotu

PIERWSZE ATRAKCJE

Gulfoss… Jeden z bardzo pokaźnych wodospadów.
Dawno temu, tj. nieco ponad 100 lat, pewna angielska korporacja chciała kupić ten teren i wybudować tam elektrownię. Cena została ustalona a umowy podpisane. Jednak do transakcji nigdy nie doszło. Córka (Sigrið Tómasdóttir) jednego z chłopów, od którego był odkupowany ten teren bardzo mocno sprzeciwiała się sprzedaży. Współpracowała z jednym prawnikiem (który później stał się prezydentem Islandii) i nawet groziła samobójstwem. Wywarła taką presję na rządzie, że ten zgodził się unieważnić umowę i uczynił wodospad pomnikiem narodowym.

Nam ukazał się w postaci zahibernowanej. Spowity śnieżną pokrywą i lodowymi soplami, które chciałyby jak woda spływać dalej, ale coś poszło nie tak i w połowie wodospadu zatrzymały swoją podróż robiąc sobie zimowy camping.

20
Gulfoss
19
Wyczepisty autobus!

***

Kolejnym celem były gejzery. Znaleźliśmy się tam chwilę później dzięki uprzejmości pary francuskiej. Wejście na teren nie zachwycało. Tłumy turystów chcący zobaczyć to pole skutecznie odbierało satysfakcję z oglądania tego miejsca. Do tego bardzo hermetyczne warunki w stylu deptaka i ogrodzenia. O ile te dwa mogłem jeszcze zrozumieć o tyle nie rozumiałem sensu postawienia małej budki, która prawdopodobnie upuszczała ciśnienie z małych już-nie-gejzerów znajdujących się zaraz przy wejściu.
Jedynym gejzerem, który wybuchał był ten najsłynniejszy, który podobno wybucha z częstotliwością raz na trzy minuty. Oczywiście dookoła stały całe pielgrzymki ludzi, czekające na wybuch.

Wygląda to mniej więcej tak: Wybuch. Słychać radość ludzi i tak co trzy minuty.
Wybierając się na Islandię mówiłem sobie „wystarczy, że ujrzę gejzer i mogę już wracać do domu”. MYLIŁEM SIĘ! Gejzer był najmniejszą atrakcją tego wypadu. Owszem, fajnie było zobaczyć jego wybuch, dzięki czemu mogę sobie wpisać do nieistniejącego pamiętniczka rzeczy nieważnych „widziałem gejzer”. Mimo to na Islandii jest wiele piękniejszych miejsc i widoków, które trzeba zwiedzić i zobaczyć.

23
Głupi „domek”!

***

Po śniadaniu  udaliśmy się na ciepłą rzekę w Hveragerdi. Miałem nadzieję, że wezmę kąpiel i będę mógł szpanować na fejsbuku jakim to ja morsem jestem. Niestety po dotarciu na miejsce, gdy sprawdziłem rzekę faktycznie była ciepła. Jakieś 15 stopni…

-Jak na te warunki to ona jest bardzo ciepła. -skomentował Paweł.

Na szczęście kawałek dalej wzdłuż szlaku ciągnął się gorący strumień. Możliwość kąpania się była. Był tylko jeden warunek, którego nawet ja[16] nie spełniałem. Nie byłem chudszy od wysokości jaka dzieli podłoże a moje kostki… Tyyyyle wody tam było.

DCIM100MEDIA
„Artystyczne” zdjęcie strumyka
30
Nie chcesz tam wpaść

Niestety moje nadzieje legły w gruzach i teraz nie wiem czy obwiniać za to przewodnik, w którym wyczytałem, że można się tam kąpać w ciepłej rzece, czy siebie, bo nie znalazłem miejsca głębszego niż nieco ponad kostki.[17]

Tam w połowie szlaku zdecydowaliśmy nie iść dalej i wejść na pobliski szczyt (na którego znowu nie było szlaku) i zjeść tam obiad. Wracając ze szczytu postanowiłem sobie ułatwić i siadłem na mój worek żeglarski zjeżdżając do samego szlaku jak na sankach.

DCIM100MEDIA
Widok ze szczytu na „ciepłe rzeki”

Po zejściu ze szlaku na parking naszym zmartwieniem było dotarcie do głównej drogi, która była jakieś 3km dalej. Ale w końcu to wakacje więc powinno się żyć bez zmartwień. I w taki sposób dosłownie minutę po zejściu ze szlaku jechaliśmy samochodem z parą Brytyjską do Reykjaviku.

To znaczy oni do Blue Lagoon a my do Reykjaviku – mimo to w połowie drogi zrezygnowaliśmy z Reykjaviku i wysiedliśmy przy Błękitnej Lagunie. Podobno słynnego na cały świat kąpieliska geotermalnego. Tak słynnego, że gdybym chciał kupić sobie wejściówkę to byłoby to najdroższe kąpanie się w gęstej zupie z ludzi.

Stamtąd chcieliśmy udać się do Grindaviku – małego miasta rybackiego. Paweł usilnie chciał kupić coś do spania. Mi na tym nie zależało, ale skoro jesteśmy razem to ma to być przyjemność dla nas obu – a wiadomo: jak człowiek nie wyspany i osłabiony to nie ma żadnej satysfakcji z podróży. W małym miasteczku powinno być taniej pod każdym względem, dlatego uznaliśmy to za bardzo dobry układ – tym bardziej, że następnego dnia chcieliśmy udać się do pobliskiego parku narodowego na pola geotermalne, klify i inne tym podobne atrakcje.

6 kilometrów do przejścia. Piechotą. Niby nie dużo ale dla moich pleców noszących worek żeglarski któremu urwały się szelki[18] i z przymusu musiałem mieć go na jednym ramieniu było to trochę męczące. Ponadto na horyzoncie tworzą się cumulonimbusy zwiastujące silne zawieje. Jakby tego było mało wiatry wiały w dwie strony – jedne (te wyżej i zaraz przy ziemi) w naszą stronę a drugie (te gdzie znajdowała się podstawa i środek chmur) w kierunku w którym szliśmy. W ciągu pół godziny zamiast 1,5 chmury pojawiły się całkiem pokaźne 4 chmury. Jedna nie umiała się zdecydować i jej górna część leciała w naszą stronę a dolna i środkowa w kierunku w jakim zmierzaliśmy.  Nie muszę przypominać, że takie sztormy nie są przyjemne jak siedzi się na pustkowiu i jedyne schronienie jakie człowiek ma przy sobie to kamienie i plandeka budowlana.

DCIM100MEDIA
TO BYŁO DUŻE I MONUMENTALNE! Niestety na zdjęciu wydaje się być malutkie

WESOŁY SAMOCHÓD

Spotkaliśmy podczas tej wędrówki 3 samochody. Pierwszy 2 osobowy z dwoma osobami w środku. Drugi od Azjatów, którzy zwolnili otworzyli okno a gdy zbliżyłem się do nich dali gazu[19]. Trzeci natomiast wywołał na naszych twarzach duże, żółte i bardziej zakrzywione niż pozwalają na to „normy jewropejskie” banany.

A było to tak…

Połowa drogi. Jakaś godzinka marszu. Słyszę auto za zakrętem. Obracam się, widzę auto 200 metrów za nami i momentalnie wyciągam palec. Samochód staje. Drzwi się otwierają.

-Ile macie lat chłopaki? – powiedziała pasażerka oskarżycielskim tonem.

Zmieszany już otwieram usta by powiedzieć 21 i 24 ale w tym momencie słyszę:

-Nie ważne. Boicie się nas? Nie bójcie się i wskakujcie.

Staliśmy wryci w ziemię. Nie byłoby w tym nic dziwnego, że chcą nas wziąć, gdyby auto nie było PIĘCIO osobowe a w samochodzie nie siedziały CZTERY starsze osoby. Nie wiedzieliśmy co powiedzieć. W myślach tylko sklecałem jak powiedzieć „Ale was jest 4 a nas 2. A jeśli nikt mnie nie oszukał w szkole to 2+4=6 a nie 5”.

-Boicie się nas? Ale boicie się nas? Nie ma czego. Wskakujcie. – i teraz zrozumieliśmy zamysł starszej pani, która zaczęła siadać, jak się później okazało swojej siostrze na kolana. Wrzuciliśmy bety do bagażnika i zadowoleni siedliśmy do wesołego samochodu. To było najzabawniejsze 10 minut jazdy jakie nas spotkało podczas tego wyjazdu. Żartom nie było końca. Starość jak widać postanowiła obejść się bez tych starszych wesołych kobiet[20].

***

44
Grindavik

Miasto po raz kolejny zachwyciło nas swoją schludnością i amerykańskością. Ponadto znowu wynajęliśmy całe mieszkanie dla siebie. Ale tym razem cenę wytargowaliśmy. Wywoławczo było 5 tysięcy (oczywiście wraz ze śniadaniem, prysznicem, kuchnią, kawą itd.).

-Bardzo prosimy. Nie potrzebujemy śniadania. Mamy własne jedzenie. Wystarczy miejsce w przedpokoju na ziemi.
.Ne
.Go
.Cja
.Cje
-To inaczej. Ile jesteście w stanie dać?
-Trzy do czterech tysięcy.
-Ok, za 5 minut będę.[21]

Skończyło się na jakichś 3500 koron (czyli dokładnie 25 euro na głowę). Ale nie spaliśmy w przedpokoju na ziemi. Znowu mieliśmy ful wypas całe mieszkanie ze wszystkimi usługami dla siebie. Co więcej – piętro wyżej i piętro niżej mieszkali Polacy. W sumie nic dziwnego. Polaków jest tam procentowo tyle samo co cyganów na Słowacji – czyli ok 10% plus jeszcze 5% przyjeżdżających tylko na chwilę np. na miesiąc do pracy.

Oczywiście właściciel podobnie jak poprzedni był bardzo przyjacielsko nastawiony. Opowiedział nam co, gdzie i jak w mieście. Gdzie warto zjeść, jak rano najlepiej wydostać się z miasta. Pogadaliśmy trochę i rozeszliśmy się w swoje strony.

Tego wieczoru miałem kolację z serii „zróbmy coś co smakiem przypomina dobre jedzenie jednak nim nie jest”. A konkretnie zrobiłem sobie ryż z kurczakiem. I z tych dwóch składników tylko ryż się ostał, bo zamiast mięsa wziąłem mielonkę, a zamiast smaku kurczaka wziąłem rosołową zupkę chińską. I.. Może wyda się Wam to dziwne, ale to naprawdę smakowało jak ryż z kurczakiem!

DCIM100MEDIA
Ryż z kurczakiem

PODRÓŻ DO WNĘTRZA WYSPY

Następnego dnia zebraliśmy się o świcie. Zrobiliśmy zakupy a po wyjściu ze sklepu (w którym ceny był połowę tańsze niż w Keflaviku(!) oraz w którym można było kupić Ptasie Mleczko, czekoladę Wedla (z POLSKIMI napisami) oraz Pawełka) spostrzegliśmy odpalony samochód. I nie było by w tym nic dziwnego, gdyby ktoś był w środku. Podeszliśmy bliżej i okazało się, że moje okulary jednak jeszcze działają – samochód stał pusty z kluczykami w stacyjce.

DCIM100MEDIA
Polskie produkty z polskimi napisami w normalnym sklepie!?

Jak się później dowiedzieliśmy od pewnego Polaka, z którym wracaliśmy samolotem (i do którego dostaliśmy zaproszenie jak będziemy znowu na Islandii), Islandczycy nie boją się kradzieży. Wynika to z dwóch rzeczy – pierwsza to kultura, w której ludzie po prostu nie kradną. A druga to przywileje związane z bycia państwem na wyspie.

-Ja swoje dziecko zostawiam na cały dzień przed domem, żeby mogło się bawić i spokojnie mogę iść do pracy bo wiem, że wieczorem jak wrócę ono nadal tam będzie i nikt mi go nie sprzątnie. Samochodu też nigdy nie gaszę jak wchodzę do sklepu. A mieszkam na Islandii od 8 lat. W końcu jak ktoś będzie chciał go ukraść to gdzie pojedzie? Na prom? Od razu zobaczą blachy i mi go zwrócą. Na drugi koniec wyspy? Przecież tu jest jedna droga dookoła i nic więcej. Postawią patrol i po 10 minutach już mają gościa. Ukryje w garażu? Po co kraść jak nie ma się z tego korzyści? Tu jest mała i bardzo uczciwa społeczność. W ciągu paru dni cała Islandia znałaby gościa co takie coś zrobił.

I jego słowa potwierdzały się w praktyce. Islandczycy w naszym odczuciu byli bardzo pomocni i pozytywnie nastawieni do ludzi[22]. I to również było zniszczeniem tego co czytaliśmy o mieszkańcach, którzy są bardzo zamknięci i depresyjni. Nawet Brytyjczycy, którzy podwozili nas na Błękitną Lagunę dziwili się bo słyszeli, że ze stopem na Islandii ciężko[23] i ludzie są chamscy.
BZDURY! No chyba, że mięliśmy takie wyjątkowe szczęście, że akurat na nich nie trafialiśmy.

***

Nim wyszliśmy z miasta już złapaliśmy stopa. Znowu obcokrajowców[24].

– Przepraszamy, że tylko 2 kilometry.
– Nie ma sprawy. 2 kilometry dla „hiczhajkera” to o 2 kilometry dalej!

Kolejne 2 km dalej była góra. Paweł chciał wejść. Ja też. Ale.. Miałem dylemat. Na tej drodze samochody jeździły z częstotliwością JEDEN NA GODZINĘ! Ale dałem się przekonać i nie żałuję. Góra do połowy pokryta mchem, skrzypami i trawą. Później zaczęły się luźne kamienie co było dość niebezpieczne, ale co to dla nas!

DCIM100MEDIA
Ocean
DCIM100MEDIA
Tam daleko jest Grindavik
DCIM100MEDIA
A tam są klify, na które chcieliśmy się dostać (niech Was nie zwiedzie perspektywa – one są jakieś 10 km dalej)

***

Tego dnia naszym pierwszym celem były klify niedaleko drogi i skrzyżowania odbijającego na Reykjavik. Złapaliśmy samochód ale.. oni też przyjezdni. Mieli mapę. Tak z 10 razy dokładniejszą od mojej[25]. Mimo to nie zlokalizowaliśmy się w porę i przejechaliśmy nasze klify a tym samym drogę odbijającą na resztę atrakcji półwyspu Reykjanes.

Zmieniliśmy plan. Postanowiliśmy zwiedzić trzecią co do wielkości Islandzką jaskinię powulkaniczną znajdującą się przy drodze nr 39. Żeby było śmieszniej jaskinia jest w odległości nieco ponad 10km od Hveragerdi, w którym byliśmy poprzedniego dnia.

[26]

Gdyby narysować trasę jaką przejechaliśmy w ciągu tych czterech dni okazałoby się, że tak naprawdę wyszliśmy na spacer i kręciliśmy się w kółko za każdym razem odwiedzając coś innego co mijaliśmy w poprzednim okrążeniu.

Mapa
Nieprofesjonalnie zrobiona mapa w Paincie, ukazująca punkty na naszej trasie. Jak widać krążyliśmy w kółko i przejechaliśmy ok 500km. Gdybyśmy mieli tę wiedzę co teraz to spokojnie zapuścilibyśmy się na południową część wyspy bo w 4 dni powinniśmy zdążyć.

Stojąc na skrzyżowaniu dróg 38 i 39 spotkała nas kolejna niesamowita rzecz, którą ponownie mogę wpisać do nieistniejącego dzienniczka wydarzeń niecodziennych. Staliśmy na skrzyżowaniu i próbowaliśmy na naszej mapie zlokalizować jaskinię.

-Przecież powinna tu być. Właśnie w tym miejscu gdzie stoimy. Jest na mapie. Nie mogła tak po prostu zniknąć! Musi gdzieś być!

Co więcej miejscowi z Hveragerdi nie wiedzieli o tej jaskini. Zatem staliśmy i myśleliśmy. Z naszych głów ulatniał się dym z przegrzanego mózgu[27]. Chyba to skłoniło pewnego rybaka, który zatrzymał się na środku skrzyżowania i zapytał:

-Potrzebujecie podwózki?

Tak się składało, że jechał nie w tym kierunku więc odmówiłem, ale idąc za ciosem zapytałem gdzie jest jaskinia. Udzielił nam wyczerpującej informacji i 15 minut później….

***

DCIM100MEDIA
Nie było jeszcze autostopowego zdjęcia z okejką (w drodze do jaskini)

Weszliśmy drogą na wzniesienie i zobaczyliśmy parking. Na parkingu auto rodem ze Scoobiego[28]. Niestety nie było tam ekipy detektywistycznej. Zamiast niej była ekipa grotołazów. Po raz kolejny mieliśmy szczęście. Okazało się, że śnieg przysypał wejścia i o ile dwa nie były całkiem przysypane o tyle te, którymi da się bezpiecznie wejść bez lin były całkiem przysypane. (Coś jest na rzeczy z ekipą detektywów. W końcu musieli je odnaleźć!)

Wykopali tunel w śniegu z jednej i z drugiej strony, dzięki czemu mogliśmy zjechać na pupach do środka. Weszliśmy do jaskini i zobaczyliśmy po czym chodziliśmy. Mięliśmy szczęście. Chodziliśmy po terenie z czterema ogromnymi dziurami przykrytymi śniegiem. Pod dziurami naturalnie 4 metry w dół. Opcje były dwie – albo masz szczęście i częściowo zjeżdżasz po kopcu ze śniegu, albo spadasz na kamienie i łamiesz sobie nogi.

54
Odkopane wejście do wnętrza wyspy (początkowo myślałem, że te łopaty tak na stałe są zostawione dla ludzi)
53
Wejście „na złamanie nogi lub szybki zjazd z górki”. Na zdjęciu nie widać czapy śniegu okalającą dziurę dookoła.

Ogólnie dowiedzieliśmy się, że przez parę dni nikogo tam nie było i tylko dziś przyjeżdża większa wycieczka. To nas pokrzepiło i pozwoliło bez stresu wprowadzić plan spania w jaskini w życie.

Niestety nie mogliśmy eksplorować prawie 1,5 kilometrowej jaskini. To znaczy mogliśmy. Ale w korytarzu, który prowadził w głąb jaskini były stalagmitowe i stalagnatowe sople lodu.
Nie mięliśmy kasków a jak powszechnie wiadomo sopel to taki wilk w owczej skórze. Nigdy nie wiesz kiedy spadnie, a wystarczą odpowiednie warunki i może spowodować wielkie spustoszenie na głowie a czasem nawet w głowie. Z resztą chodzenie z półmetrowym soplem lodu na głowie jest niemodne.
Od spodu natomiast było pełno luźnych i oblodzonych kamieni. (Woda z sufitu cały czas kapała by od razu po zetknięciu się z podłożem zamarznąć.) Co znacznie utrudniałoby poruszanie się po jaskini i groziło skręceniem kostki.

DCIM100MEDIA
Te  większe sople mają co najmniej pół metra!

***

Jako iż do zmierzchu było jeszcze dużo czasu a wycieczka jeszcze nie przyjechała to zostawiliśmy cały nasz dobytek (oczywiście poza dokumentami i pieniędzmi) niedaleko wejścia do jaskini i poszliśmy na spacer po okolicy.

Śnieg pokrywał całą okolicę, a wiatr był bardzo mroźny. Ostatnie 2 dni mogliśmy uznać za upał w porównaniu z tym wiatrem i temperaturą odczuwalną[29]. Mimo to parliśmy przed siebie zastanawiając się tylko czy wpadniemy w jakąś szczelinę ukrytą pod śniegiem. Nie wpadliśmy. Jedyne co to raz udało mi się zapaść w śniegu po kolana, ale to była kwestia mojej nieostrożności i wybrania złej drogi. Ogólnie albo chodziliśmy po lodzie, co napędzało nam strachu z wyżej wymienionego powodu albo po kępkach traw wystających nieśmiało spod śniegu.

55
Zabawa w „śnieg parzy”

Po powrocie ekipa już się zbierała. Zaproponowali nam podwózkę do miasta ale powiedzieliśmy, że się przejdziemy.

PRZECIEŻ NIE MOGLIŚMY IM POWIEDZIEĆ ZE ZOSTAJEMY TU NA NOC!

Gdy oni się ulotnili, my poszukaliśmy sobie miejsc odpowiednich do spania. Ja wybrałem półkę skalną a Paweł ładnie ubitą ścieżkę ze śniegu.

-Nie chodź po moim łóżku! – żartom nie było końca.

57,55
Czy możemy się teraz chwalić, że spaliśmy w kominie wulkanu?

***

Kolejnym etapem było wykorzystanie po raz pierwszy naszej rozpałki do grilla i zrobienie sobie ciepłej kolacji. Pełen radości, że mamy czym palić w palniku wlałem rozpałkę, odpaliłem zapałkę a ona…

Ona po zetknięciu z płynem zgasła. Zapaliłem drugą i znowu to samo. Po paru próbach Paweł rzekł:

-Może ta rozpałka musi palić się tak jak knot i wosk. Spróbuj wrzucić tam zapałkę zostawiając kawałek ponad płynem i ją zapal.

Zadziałało. Ale płomień ze świeczki nie dawał tyle ciepła w tym zimnie, żeby zagrzać wodę! Dlatego wrzuciliśmy jeszcze 3 zapałki do środka. Po 10 minutach na szczęście zapaliły się opary.

Podczas tej wyprawy zdałem sobie sprawę, że rozpałka do grilla nie jest łatwopalna i nie jest najlepszym paliwem do kuchenki. Tym bardziej, że moja menażka postanowiła w myśl Genderowskich przekonań zmienić swój wygląd i zamienić się w czarną menażkę. Ale lepszy rydz niż nic. Chcieliśmy uniknąć ewentualnych nieprzyjemności z transportem biopaliwa[30] na Islandię.

57,5
Ciepło nie ucieka a menażka się transformuje

***

Kolację jedliśmy w piątkę. „Ale jak to, skoro podróżowaliście we dwóch a reszta pojechała!?” zapytacie.

Tak.
Reszta pojechała.
Tak.
Byliśmy we dwoje.
Po prostu do kolacji dołączyły 3 myszy. W dodatku nie bały się człowieka. Mogliśmy spokojnie je złapać i zrobić sobie jako przystawkę – oczywiście tego nie zrobiliśmy.

O ile żaden z nas nie bał się myszy o tyle ja martwiłem się o moją torbę i śpiwór – wolałbym nie mieć ich poprzegryzanych, bo ktoś jest na tyle niesamodzielny i nie umie sobie znaleźć jedzenia na tym PUSTKOWIU!

Wzięliśmy nasze towarzystwo podstępem. Poszliśmy jeść ciasteczka na drugi koniec przedsionku jaskini.

Zadziałało.

57
Jeden z naszych towarzyszy

***

W nocy mieliśmy strażnika. Ktoś podczas jedzenia naszej wieczerzy przyjechał na parking i stał tam calusieńką noc.

O ile było względnie ciepło o tyle od skał strasznie ciągnęło, dlatego komfort cieplny spadał. Poza tym zaraz obok mojego łóżka był dość ostry kamień. Gdybym przypadkiem w nocy turlnął się kawałek za daleko to rozwaliłbym sobie piszczel. Mimo to było to całkiem wygodne łóżko.

Paweł natomiast zsunął się w nocy w dół ścieżki. Wyrwany ze snu usłyszałem:

-Patryk, śpisz?
-No teraz nie bo mnie obudziłeś a co?
-Bo zjechałem z łóżka a buty są dwa metry ode mnie.
-Aha. – spałem i byłem na pół świadomy, więc nie za bardzo chciało mi się wychodzić z ciepłego łóżka. Samo wychodzenie zajęło by mi dziesięć razy więcej czasu niż podanie butów.

Później Paweł zjechał jeszcze raz ale tym razem w innym kierunku. I tam już został do rana.

Czułem się trochę jak bohaterowie „Tajemniczej wyspy” autorstwa Juliusza Verne’a. Niesamowite uczucie. Moja wyobraźnia działała na najwyższych obrotach i wyobrażała sobie każdy szczegół „kominów” oraz późniejszego schronienia rozbitków.

OSTATNI DZIEŃ

Nim wstał świt byliśmy już w Reykjaviku. Ale od początku.

Wyszliśmy z jaskini. Przeszliśmy obok samochodu na parkingu i stanęliśmy na drodze. Padał śnieg, wiał umiarkowany wiatr a widoczność była kiepska – ale nie była zła.

Stałem ubrany w kamizelkę odblaskową. Gdybym nie miał latarki na czole skierowanej w dół to mógłbym być pomylony ze słupkiem przy drodze. Paweł miał już tylko czołówkę na czole.

Przejeżdża pierwsze auto.
Za chwilę drugie.
Trzecie…
…….Czwarte….
i po chwili słyszymy

-TIDIT!!!!! – Obracamy się a tam 200 metrów dalej stoi SUV i czeka na nas. O godzinie 6:30/7 rano był tam całkiem spory ruch więc nie staliśmy tam dłużej niż 5 minut.

***

Sam Reykjavik jest ładnym miastem. Stosunkowo dużym i rozległym. Niestety z powodu mojej nogi nie mogłem za dużo chodzić. Już przejście tych paru kilometrów od miejsca zrzutu do Harpy sprawiało mi niemałe trudności, a nie chciałem znowu nadwyrężać nogi by znowu przez 2 miesiące nie czekać na ustanie bólu.

Co zwiedziliśmy w Reykjaviku?

Byliśmy obok kościoła katolickiego, zeszliśmy do Harpy[31] jedząc Burbony (nie mają nic wspólnego z whiskey o tej samej nazwie; były to po prostu ciasteczka o takiej samej nazwie).

W planach była jeszcze góra oraz plaża termalna. Plany zostały porzucone na rzecz nogi.

Poszliśmy zatem do informacji, kupiliśmy bilety autobusowe[32] i ruszyliśmy w stronę przedmieść miasta.

***

8 godzin do odlotu. Czy jest coś co jeszcze może nas zaskoczyć?

Jest.

Staliśmy na wylotowej drodze z półmetrowym poboczem, na którym była straszna chlapa. Łapiemy stopa i… Zatrzymuje nam się auto. Czarna Skoda Superb. Nie było to zwykłe auto. Miało u góry żółty i dobrze znany wszystkim napis „TAXI”.

Machamy mu głowami na „nie”, ale on stoi dalej. No to podchodzę do drzwi i pytam:
-Podrzuci nas pan do Keflaviku?
-Jasne wskakujcie.
-Ale tak za darmo..? – pytam podejrzliwie.
-No pewnie. Dajcie rzeczy do bagażnika i wskakujcie.

Tak też uczyniliśmy. Okazało się, że kierowca właśnie skończył pracę i wracał do domu – do Keflaviku. Co więcej, nigdy nie zabiera do tego samochodu autostopowiczów ale tym razem zrobił wyjątek.

Pogadaliśmy sobie o wszystkim. Okazało się, że był 2 tygodnie w Polsce w okolicach Gdańska. O Polsce, jak większość ludzi, których pytałem ma dobre zdanie[33]. Ma nawet polskiego przyjaciela co nikogo nie powinno dziwić. (Przypominam, że na Islandii jest ok. 300 tys. mieszkańców (to aż połowa mniej niż w mieście typu Poznań) z czego 30-50 tyś to Polacy.) Przy okazji łamałem sobie język na uczeniu się ostatniego zwrotu Islandzkiego.

-Skoro po islandzku „Takk” znaczy „dziękuję” to jak jest bardzo dziękuję?
-A@$%faf afdfer gcjhaji$%@# – mniej więcej tak to usłyszałem. Zlepek jakichś dziwnych odgłosów. Gdybym miał zamknięte oczy myślałbym, że właśnie ktoś kogoś dusi i przeżyna gardło.
– PFFFFFFF!!!!!! – Oscentacyjnie poplułem wszystko co było przede mną – mógłbyś powtórzyć? To w ogóle nie ma nic wspólnego z „takk”! – protestowałem.
– Bo „takk” i þakka þér kærlega to dwa te same zwroty – tłumaczył – þakka…………………..þér…………………….kærlega ………………………..fyrir – wolno i wyraźnie akcentując każdą literkę wypowiedział jeszcze raz ten zwrot.
– Badfkl – próbowałem złapać akcent. On musiał być rozbawiony w duchu. Na pewno miał niesamowitą bekę z tego co właśnie próbuję powtórzyć. Przynajmniej ja bym miał. Niech tylko poczeka, aż spróbuję go nauczyć „chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie”!
– þakka
– þakka – w końcu załapałem
– þakka þér
.

.

.
– þakka þér kærlega fyrir
– Brawo! Bardzo dobrze!

Dziesięć minut później wydukałem z siebie ten zwrot. Chyba był kawalarzem bo prościej było powiedzieć „Takk fyrir”. Ale przynajmniej nie było nudno.

Niesamowite zdarzenie trwało aż do samego lotniska, bowiem podrzucił nas zaraz przed wejście lotniska, gdzie mogą stawać tylko taksówki i samochody upoważnione.

A jak! Autobusy są dla plebsu! My się taksówkami wozimy!

69
Jedyny dowód, bo wychodząc z auta przypadkowo kliknąłem dwa razy na guzik nagrywania przez co kamerka nie nagrała tego wydarzenia a mi było smutno 🙁

ZAKOŃCZENIE

Dalsza opowieść nie ma już większego sensu. Bo co napiszę?

Że spotkaliśmy bardzo fajnych Polaków z którymi przegadaliśmy 5 godzin a kolejne 5 po przylocie jechaliśmy w pociągu razem?
Że w samolocie spotkaliśmy innego Polaka, który nas zaprosił do siebie na kawę oraz nocleg?
Że ładowałem sobie telefon?
Że postanowiłem zrobić sobie żarty z dzieci bawiących się w ciuciubabkę i poklepałem tego z zasłoniętymi oczyma? (Nie dał się. Podglądał i od razu wiedział, że ja to nie jego kolega. Ale pośmialiśmy się i poszliśmy w swoje strony.)
Że w samolocie jedna Islandka upiła się i podrywała Stewardesa a jak on dawał jej delikatnie znać, że ma się uspokoić i siąść na miejsce (i oddać mu butelkę z wódką(!), którą odda przy wyjściu z samolotu) to zaczęła zaczepiać innych.

***

I a propos chamstwa. Za nami siedział inny Polak. Płynnie mówił po islandzku, angielsku i oczywiście polsku ale nie o tym chcę napisać.

Na pokładzie była bardzo młoda stewardessa. Nie wiem czy była polką (choć po polsku mówiła bardzo płynnie) ale od czasu do czasu zalatywała akcentem na francusko-ukraiński[34]. Siedzę i przeżywam jesień średniowiecza w moim brzuchu po zjedzeniu surowej zupki chińskiej, aż tu nagle z tyłu słyszę naprawdę chamskie i grubiańskie:
-Ty. Przynieś mi piwa.
-Przepraszam, ale niestety nie mamy już piwa. – powiedziała bardzo uprzejmie stewardessa.
-To kup. Idź do sklepu!
-Właśnie lecę – odpowiedziała sprytnie wychodząc z trudnej sytuacji i nadal uprzejmie lecz nieco zmieszanie kobieta. Nic dziwnego, skoro gościu mówił do niej z taką pogardą, że mieszał ją z gównem[35].
-To czekam!
Padły sztuczne śmiechy. To znaczy śmiech Polaka był szczery, ale nie sądzę, że śmiech tej młodej i pięknej damy był szczery. Raczej był to śmiech na zasadzie „Właśnie mają mnie żywcem poćwiartować. Nie dam im satysfakcji że cierpię. A może trochę się rozluźnię? Zaśmieję się.. może pomoże…”

Chwilę później osoba, z którą rozmawiał mówi:
– Przecież nie mają piwa.
-Wiem – uradowany odpowiada – bekę z niej cisnę.

Masakra… I gościu, z którym siedziałem potwierdził moje odczucia z krótkiej zasłyszanej konwersacji.

UTRATA WSPOMNIEŃ

Kończąc napiszę tylko jeszcze jedną anegdotkę z lotniska. Jako iż spóźniliśmy się 3 minuty na SKMkę[36] a najbliższy autobus był za godzinę to siedliśmy sobie na lotnisku. A tam…? Obława. Uzbrojeni po zęby i spacerujący po lotnisku strażnicy graniczni. Mieli na plecach karabiny, na nodze kabury z pistoletami, na tułowiu kamizelki kuloodporne, na twarzach kominiarkę odsłaniającą tylko oczy i nos a na głowie hełm. Ponad to było więcej celników niż zwykle. I krążący po lotnisku panowie w garniturkach. Brali co chwilę jakąś osobę na bok i robili przesłuchanie:

-Dzień dobry, nazywam się iksiński i jestem z departametu spraw wewnętrznych… – dalej nie dosłyszałem, ale szukając na internecie znalazłem tylko departament spraw wewnętrznych Stanów Zjednoczonych, który może prowadzić akcje na naszym terytorium. Co nawet by się zgadzało, bo lot był do Tel Aviv’u.

73
Uzbrojona po zęby a nawet czubek głowy straż graniczna

Oczywiście takiej okazji nie mogło przepuścić bystre oko mojej kamerki. Nie afiszowałem się z nią za bardzo ale też specjalnie nie ukrywałem. Mimo to strażnik graniczny minął nas i parę sekund później zawrócił:

-Pan – wskazał na mnie ręką – proszę do mnie.

„O nie… co ja teraz zrobię!? Będą kazali mi oddać kartę pamięci albo usuwać wszystkie moje wspomnienia z Islandii… Nieeee!!!….”. Mówiąc krótko i wulgarnie (za co proszę mi wybaczyć) – byłem obsrany. Nie tym, że mogę mieć jakieś przeszukiwania czy nieprzyjemności tylko tym, że stracę miliard pięknych zdjęć i ciekawych sytuacji zawartej na karcie pamięci!

– Pan nagrywał kamerką prawda?
– T –przełknąłem ślinę – tak.
– Nagrywanie nas jest całkowicie legalne i nie ma z tym problemu, ale nagrywanie tamtych może się dla pana skończyć bardzo nieprzyjemnie włącznie z więzieniem.
-To co mam teraz zrobić? Usunąć to teraz? Tylko nie mam jak…
-Nie. Proszę o tym pamiętać i usunąć w domu i nikomu nie pokazywać tego filmu, bo naprawdę może mieć pan poważne problemy.
-Tak zrobię. Dziękuję za informację

Cały spocony siadłem obok Pawła i odsapnąłem z ulgą.

„Co to za służby, których nie mogę nagrywać!? Z tego co mi wiadomo mogę nagrywać, ale nie mogę ich upubliczniać.” – myślałem. Jednak weryfikując wiedzę w domu faktycznie jest pewien zapis:
„5) doprowadzi lub może doprowadzić do identyfikacji funkcjonariuszy, żołnierzy lub pracowników służb odpowiedzialnych za realizację zadań wywiadu lub kontrwywiadu, którzy wykonują czynności operacyjno-rozpoznawcze, jeżeli zagrozi to bezpieczeństwu wykonywanych czynności lub może doprowadzić do identyfikacji osób udzielających im pomocy w tym zakresie;”
„MOŻE DOPROWADZIĆ” To słowo klucz.

PODSUMOWANIE

Nie przedłużając nadszedł czas na podsumowanie wyprawy.

Wyprawa była pełna ciekawych zdarzeń i pięknych miejsc. Na pewno tam powrócimy. Tym razem w lato… Podobno jest jeszcze piękniej[37]
I tym akcentem zakończę to opowiadanie. Mam nadzieję, że Cię, drogi Czytelniku nie zanudziłem tym baaaardzo długim wpisem. Muszę popracować nad skracaniem opowiadań bo co będzie jak pojadę na rok albo dłużej na wyprawę życia!? Miejsca na komputerze i na półkach mi zabraknie…

Do zobaczenia w innym wpisie, w innym miejscu…

 

 

PRZYPISY

[1] Jak się później okazało, w porównaniu z innymi była to taaaaaaakaaaaaaaaa maaała zamieć.

[2] Jest to jedyna główna droga, dzięki której objedziemy wyspę dookoła.
Czy skoro wyspa jest względnie okrągła, a droga jedzie wzdłuż jej granic, to nie jest to przypadkiem największe rondo na świecie?

[3] Ma to swoje wady i zalety. Zasłyszałem to od osoby, która tam mieszkała jakiś czas, więc potraktujcie tę informację jako ciekawostkę, a nie jako pewny fakt.
Ludzie pobierający zasiłki lub inne tego typu pomoce społeczne nie mogą kupować w takich sklepach alkoholu częściej niż 2 razy na tydzień. Jest to sprawdzane i podobno taki delikwent traci zasiłek jeśli przekroczy limit. Czy to wada czy zaleta zostawiam do oceny Wam.

[4] Która jak na ironię NIE jest łatwopalna.. Kupiliśmy ją ale to nie był najlepszy pomysł o czym napiszę później.

[5] Tutaj sprawa wygląda nieco bardziej skomplikowanie, ale w wielkim skrócie wyglądało to tak:
1915r – wprowadzenie całkowitej prohibicji. Alkohol tylko na receptę w celach leczniczych. (Nie muszę chyba wspominać, że na ból klatki piersiowej było whiskey a na ból palca wódka?)

1921r – zezwala się na sprzedaż wina. Powód? Bez sprzedaży alkoholu państwo zbankrutuje. Winni za to byli Hiszpanie, którzy byli głównym importerem ryb z wyspy. Z powodu złego bilansu handlowego zaproponowali międzynarodowy bojkot handlowy Islandii do czasu, kiedy Islandia nie zacznie sprowadzać z Hiszpanii wina.

1935r – odbywa się referendum w którym Islandczycy wywalczyli mocniejsze trunki.

Mimo to dalej nie można kupować na Islandii piwa powyżej 2,25% dlatego w 89 roku posłowie przegłosowują ustawę znoszącą ten przepis. Naszym problemem był okrągły stół a ich problemem był brak piwa. Życie potrafi zaskakiwać.

[6] Przepraszam. Z tym świętowaniem transformacji w Polsce chyba się zagalopowałem. Ale na pewno stwierdzenie „świętowali” nie mija się z prawdą. Tylko tego jednego dnia kupiono ponad 350tys butelek piwa podczas gdy Islandia liczyła 250tys ludzi.

[7] Bardzo drogi to lekka przesada (ale nie w tę stronę, w którą myślicie). Jest obrzydliwie drogi.

[8] Właściwie trafniejszym stwierdzeniem jest „buda dla dużego psa”.

[9] Co w praktyce działało na mniej uczęszczanych drogach i niekoniecznie głównych. Na głównych zamiast pół minuty (albo godziny w zależności od natężenia ruchu na drodze) czekało się maksymalnie 10 minut.

[10] Właściwie to była „proteza” schodzenia. Lepszym określeniem byłoby „ześlizgując się”.

[11] To pytanie było już czysto retoryczne. A GDZIE MA JECHAĆ JAK TAM JEST JEDNA DROGA BEZ SKRZYŻOWAŃ PRZEZ NAJBLIŻSZE 20km!?

[12] A właściwie głoski wraz z kropkami..

[13] Ewentualnie ktoś właśnie w najciekawszym momencie Twojego najlepszego snu w środku nocy Cię obudził i kazał skakać na jednej nodze albo dawać kluczyki od czołgu.

[14] Głupie zdanie. Oczywiście, że jestem dumny z bycia POLAKIEM! Mamy piękną historię i kulturę! Tylko czasem coś szło nie tak… ale dumnie z tego wychodziliśmy! (No pomijając niektóre wyjątki jak np. wstawianie zamków w Norweskich drzwiach po napływie Polaków do tego kraju…)

[15] Znaczy się plandeki budowlanej na stelażach z polskiej pałatki.

[16] Jestem bardzo chudy przez co w towarzystwie uchodzę za „nie dmuchaj bo go połamiesz”.

[17] Ta zimna (tzn. „jak na tamte warunki ciepła”) rzeka, do której wpływały te małe strumyki się nie liczy(!)

[18] Chcąc zaoszczędzić na kupnie firmowych szelek wziąłem zepsuty plecak, odszyłem mu szelki i przerobiłem na szelki do mojego worka. Po pierwszej godzinie puścił plastik z szelek przytrzymujący paski parciane. Problem został związany węzłem. Po drugiej godzinie puścił szew, a właściwie 4 szwy, które zrobiłem (wniosek: wziąć mocniejszą nić i zrobić inny układ szwów). Tego już nie dało się w rozsądny sposób naprawić i musiałem użyć firmowego paska na ramię. Następnego dnia i tak puścił drugi, od tego czasu nieobciążany plastik. Swoją drogą te szelki połączone z workiem były wygodniejsze niż myślałem. I polecam każdemu, kto leci tylko z bagażem podręcznym taki worek z szelkami (crosso expert bag). Kiedy potrzeba pakuje się człowiek na wymiar bagażu podręcznego i zwija worek na odpowiednią wysokość. Kiedy już dojedzie na miejsce może sobie kupić np. jedzenie albo wrzucić do niego nieużywane ciuchy tym samym powiększając jego rozmiary.

[19] To miała być kara za nabijanie się z autostopowiczów przez Pawła, który w wakacje 3 razy podjeżdżał na przystanek, na którym jakiś chłopak łapał stopa po czym, gdy chłopak był już blisko Paweł dawał dyla… (też jestem temu winny bo siedziałem obok i śmiałem się bawiłem się równie dobrze co Paweł). Wiem. Buraki z nas.

[20] A może Starość zamiast dorwać te babki pomyliła się i dorwała tego stosunkowo młodego gościa, którego spotkaliśmy dzień wcześniej?
…ale żeby aż 4 razy!?

[21] Na drzwiach głest hałsu było napisane „Cal me”, zatem gadaliśmy przez telefon.

[22] Poza tym jednym małym wyjątkiem.

[23] W tej kwestii nie musiałem niszczyć mojego światopoglądu bo w przeciwieństwie do Londyńczyków słyszałem, że ze stopem nie ma problemu. Problem może być tylko taki, że w zimie ciężko się łapie – co zostało zdementowane podczas tej podróży. Nawet pani w informacji na lotnisku, którą pytałem o miejsca, które warto zwiedzić mówiła, że nie wie czy nam się uda w zimie zwiedzić te miejsca, które zaznaczyła (Czyli złoty krąg i blue lagoon) w ciągu 4 dni poruszając się na stopa. A jak się później okazało zwiedzilibyśmy nawet południową część wyspy, gdybyśmy mieli tę wiedzę co teraz.
Może zimą ludzie się bardziej nad nami litowali…?

[24] Może z 2/5 samochodów jakie złapaliśmy to byli ludzie, którzy tam po prostu przyjechali na parę dni na wakacje i w przeciwieństwie do nas postanowili wypożyczyć samochody.

[25] Bo my w akcie bycia zaskakiwanym przez wyspę mieliśmy jedną jedyną mapę znajdującą się w przewodniku. Nie było w niej połowy dróg. Nie było to zbyt mądre ale na Islandii i tak jest tak mało dróg, że nawet z tą mapą dało się lokalizować swoje położenie. Dla zainteresowanych – w punktach informacji można sobie wziąć dokładną mapę Islandii oraz większych miast (np. Reykjaviku). Informacja była naszym ostatnim punktem do którego weszliśmy podczas tej podróży…

[26] Żeby nie zaburzać opowieści praktycznymi informacjami wstawiłem nieprzypisany do niczego przypis. Jeśli ktoś chce to przy drodze 427 (38) są fajne schronienia do spania pod plandeką. To znaczy – głazy, które osłaniają od wiatru z jednej strony. Znajdą się i takie ogromne wielkości mojego pokoju i pęknięte na pół tworząc całkiem zgrabne dwie ściany. Poza tym przy skrzyżowaniu dróg 427 i 34 znajduje się informacja, parking, altanka ze stołem i siedzeniami, parę drzew iglastych i wyżej wspomniane pęknięte kamienie zapewniające ochronę przed wiatrem.

[27] To znaczy Pawła mózgu a z moim Zastępcą Mózgu. Z Zastępcą Mózgu, którego noszę w głowie sprawa jest nieco skomplikowana i chcąc ją opisać musiałbym wydać osobną książkę. Ale nie martwcie się. Kiedyś ją opiszę.

[28] Scoobie Doo to taka bajka o grupce detektywów i psie. Jedna z moich najulubieńszych bajek dzieciństwa.

[29] Termometr w miejscu osłoniętym od wiatru pokazywał -2 stopnie Celsjusza.

[30] I wyjątkowo przepisy celne Islandii nie były problemem. Problemem była bardzo wysoka zawartość alkoholu etylowego (całkowicie skażonego) a tym samym łatwopalność. Do samolotu nie można brać przedmiotów łatwopalnych. Wolałem uniknąć przylotu na Islandię bez bagażu, bo ktoś go cofnął i mnie o tym nie poinformował.

Na marginesie: biopaliwo do kominków jest stosunkowo tanie. Jest to praktycznie czysty i nie śmierdzący alkohol, a co za tym idzie nie śmierdzi podczas palenia tak jak benzyna, denaturat czy inne łatwopalne paliwa. Ponad to nie dymi i ma stosunkowo wysoką sprawność. Dlatego według mnie jest to jedno z najlepszych paliw do mojego alkoholowego palnika. Dobrze że nie ma na niego akcyzy ani innego podatku…

[31] Czyli takim bardzo, bardzo ładnie i nowocześnie wybudowanym centrum kulturalnym Reykjaviku. (Czy miejsce może być kulturalne? „Przepraszam, mogę miejscem w tym miejscu?” Chyba powinno być kulturowym…

[32] Na Islandii jest nietypowy system biletów. Kupuje się jeden bilet za 400 koron i można jeździć gdzie się chce i czym się chce w obrębie miasta i okolic Reykjaviku. Jeśli chce się jechać dalej to kupuje się odpowiednio dużo biletów i można jechać.
Byłem zawiedzony jedną rzeczą. Dostaliśmy bilety wielkości płatków 1cmx0,5cm, które trzeba było wrzucić do skrzyneczki przy wejściu do autobusu. Lubię zbierać bilety i wieszać je na moją tym razem istniejącą podróżniczą tablicę wspomnień (albo bez owijania w bawełnę tablicę korkową). W tym przypadku możliwość została mi odebrana(!).

[33] Ciekawe czy znalazłby się ktoś kto odważyłby się powiedzieć inaczej wiedząc skąd jesteśmy.

[34] Może jest to jakiś akcent słowiański, w którym wypowiada się „r” jak francuskie „r” i „h” gardłowe a resztę akcentu zalatuje się na typowo rosyjsko. Ale ja o takim jeszcze nie słyszałem.

[35] Wybaczcie mi ten zwrot, ale to jest najłagodniejsze określenie jakim mogłem określić jego ton.

[36] Szybka Kolej Miejsca jeżdżąca po trójmieście

[37] A ja, mimo iż tam nie byłem o dwóch różnych porach roku myślę, że nie będzie piękniej. Po prostu będzie tak samo pięknie tylko inaczej. Całkiem inaczej….

Leave a comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *