#45 Wrota do Ekwadorskiej Amazonii – Huaorani, Waorani, Shiwa – Park Yasuni

Wrotami do Amazonii w Ekwadorze są miasta Puyo, Tena, Archidona oraz El Coca. W nich znajdziemy mnóstwo biur podróży oferujących różnego rodzaju Amazońskie atrakcje. Biura te zwykle są prowadzone przez kogoś z plemienia.

Koszt wycieczki do jungli jest różny. W Puyo najtańszą propozycję jaką dostałem w przypadku grupy 4 osobowej to 60$ na głowę za trzy dni. Zwykle jednak ceny bliższe są 80$. Wycieczka obrazująca samą przyrodę Amazonii bez poznania plemion. Plemiona liczą sobie znacznie więcej. W przypadku plemion Huaorani cena dla obcokrajowców to 130$/dzień za głowę a dla Ekwadorczyków to 80$. Są również inne plemiona, które są nieco tańsze ale ceny zwykle oscylują w granicach 100$ od osoby za dzień w przypadku grupy 3-4 osobowej. Pamiętajcie, że możecie się targować! Rzadko można spotkać kogoś kto mówi po angielsku. Często wygląda to tak, że “mówię po angielsku” i kończy się na pojedynczych nazwach, z których dowiemy się, że to jest dom, łódka, zwierze itd. Często ale nie zawsze.

Za wstęp do wiosek czasem trzeba dodatkowo płacić (np. do wioski Nuneno (wioska Huaorani) płacimy 20$ za sam wstęp).

W przypadku parku Yasuni a właściwie jego okolic warto poszukać plemion Shiwa lub Waorani – będą tańsi, a niektóre nawet nie będą przygotowane na turystów co da Wam nieco więcej prawdziwości. Huaorani są bardzo mocno rozreklamowani (np. Wielkie bilboardy lub reklamy na autobusach) co pozwala im mieć swego rodzaju monopol i wysokie ceny.

Do Parku Yasuni trzeba mieć pozwolenie. Te jednak uzyskać można tylko gdy ma się przewodnika. Okolice parku też są ściśle strzeżone. Razem z kolegą mieliśmy problem dostać się do wioski Nuneno bez pozwolenia. Jest to dziwne ponieważ wioska jest poza parkiem, ale o tym w “opowieści”. Do wioski są ścieżki, o których wiedzą tylko indianie. Jest to cały dzień wędrówki ale pamiętajmy, że jest to teren plemion, które jeszcze 40 lat temu zabijały białych. Nie warto iść tam nieproszonym nawet dziś kiedy bliżej im do kapitalizmu niż plemiennego życia.

 

JAK WYGLĄDAJĄ TAKIE WYCIECZKI I CO JEST WLICZONE W CENIE?

W cenie mamy transport (zwykle rzeczny), jedzenie oraz picie podczas wyjazdu. Noclegi odbywają się albo w namiotach albo w domkach u plemion.

Zwykle przewodnicy pokazują przyrodę (np. anakondy, papugi, żółwie, tukany, drzewa i rośliny rosnące tylko w danym regionie itp.). Do tego dochodzą punkty widokowe (dywan z koron drzew aż po horyzont), polowania i pokazy (jakieś rytuały i poznanie życia wioski). Jeśli płacicie to będziecie zadowoleni. Jeśli nie… to oszukają Was tak jak mnie i kolegę. Niestety dzikość tych plemion została tylko w tym, że do wioski dopływają łódką i żyją w domkach zbudowanych z drewna. Cała reszta to cywilizacja (np. agregaty prądowe – bo ajfon sam się nie naładuje). Ale tak jak mówię – jak zapłacicie to przeniesiecie się do wioski “odciętej od świata” i poczujecie prawdziwe życie tych plemion zanim spotkali białego człowieka.

Żółw oberwał śrubą z silnika – będzie obiad.
Upolowali tapira

OPOWIEŚĆ

Dostanie się do “dzikich” plemion wcale nie jest takie łatwe. Pierw trzeba dojechać do końca drogi, później iść do miejsca skąd odpływają łodzie a później kłócić się z urzędnikami, że nie musimy mieć pozwolenia bo wioska nie leży w parku narodowym. Efekty są wiadome – nie i koniec.

Wojna na argumenty trwa ale bardziej na zasadzie Don Kichota. Maczety w ruch i ruszamy na wiatraki.

-Ale zawieźć was nie możemy bo nie wiemy czy oni was tam chcą.

-A co za problem podpłynąć i zapytać, a jak nie chcą to wrócimy? Przecież to turystyczne plemiona.

-To jest dżungla. Musicie mieć przewodnika.

-Ale przewodnik jest potrzebny tylko do parku narodowego, a wioska do której chcemy iść nie leży w parku. Poza tym będziemy w wiosce bez szlajania się po dżungli.

-Bez przewodnika nie możecie jechać bo nie macie transportu.

-Przecież wy macie łódki. Ja mogę zapłacić za benzynę czy jedzenie w wiosce ale na przewodnika który kosztuje 130$ na dzień za osobę mnie nie stać.

-My nie możemy.

-No to możemy czekać na kogoś kto płynie w tamte strony.

-Nie możecie bo nie wiecie czy was tam chcą.

-To jak przypłyną to zapytamy. Przecież oni są już trochę cywilizowani.

-Oni przypływają tu bardzo rzadko.

-To znaczy co ile?

-Co trzy, cztery dni.

-To krócej niż wieczność. Możemy czekać.

-Musicie mieć przewodnika…

Urząd oraz „port” z którego wypływamy
Ostatni zew cywilizacji

I tak w kółko. Jeszcze policjant ukradkiem wyciągnął telefon i cyknął zdjęcia. W końcu poddani ruszyliśmy w kierunku miasta. Po drodze zapytaliśmy w pierwszym domku gdzie i kiedy można rozmawiać z ludźmi z plemienia Huaorani.

-Jutro. Jak co tydzień mają swój market tu na moście.

Ba bum. Co jest nie tak z urzędnikami? Rodziło się w naszych głowach. Przecież mogli nam o tym powiedzieć.

Zostaliśmy zaproszeni na banany i na noc do gościa. Gdy umilaliśmy sobie czas grając na gitarze przyjechała ciężarówka. Chwilę później przeszedł jeden człowiek.

-O. On jest z Bameno – powiedział nasz gospodarz. Chwilę później przyszedł kolejny po swój silnik do gospodarza – a on z Nuneno.

I się zaczęło.

-Super! Szukamy kogoś kto może nas wziąć do Nuneno.

-Mogę was wziąć. Jestem przewodnikiem – na naszych twarzach pojawiło się lekkie rozgoryczenie.

-Ale my nie chcemy przewodnika bo nas nie stać. Szukamy tylko osoby, która ma z nimi kontakt, może zapytać czy nas chcą i zawieźć tam. Za benzynę możemy zapłacić a jedzenie mamy swoje.

-Nie ma problemu. 100$ za dzień – odpowiedział jakby nie słyszał, że nie szukamy przewodnika.

-Nie potrzebujemy kogoś kto nas oprowadzi tylko zaprowadzi.

-No to 50$. Za was dwóch.

-Ale paliwo tutaj jest bardzo tanie.

-Potrzebujecie kogoś kto was oprowadzi po wiosce – uparcie mówił przewodnik.

-Przepraszamy ale nie mamy tyle pieniędzy – zrezygnowani chcieliśmy się go już pozbyć bo najwyraźniej nie potrafił słuchać.

-A jak tu przyjechaliście?

-Autostopem i piechotą.

-Aaa. To 25.

-Nie mamy tyle.

-Ale 25 za waszą dwójkę razem.

-Przepraszamy ale nie mamy tyle.

-To ile chcecie dać?

-15 to maksimum

-Obcokrajowcy płacą 130$ za dzień a Ekwadorczycy 80$!

-Ale na prawdę nie mamy tyle. 15 to maksimum. Możemy przy okazji pomóc przy łodzi.

-No… dobra umowa stoi.

-Na prawdę? – zapytaliśmy z niedowierzaniem.

-Tak.

-7,5$ na głowę? – dopytywaliśmy zdziwieni.

-Tak.

-Super. Kiedy ruszamy?

-Za chwilę.

Zabraliśmy plecaki i poszliśmy na pomost. Tam czekali ludzie o ciemnej karnacji, z czarnymi jak smoła włosami oraz w nowych i markowych ciuchach. Niektórzy mieli nieco wysuniętą żuchwę do przodu, niektórzy byli bez dwóch zębów a niektórzy wyglądali jak typowy mieszkaniec Ekwadoru bez żadnych skaz. Gdzieś wokoło ganiały ich dzieci znużone czekaniem.

-Dzień dobry – mówimy do ludzi tam siedzących.

Cisza.

-Dokąd jadą? – pyta pani z wyraźnym podobieństwem do małpy i z miną co najmniej niezadowoloną.

-Do Nuneno chcą jechać.

Padło jeszcze parę zdań w tonie najwyraźniej niezadowolonym. A my czekaliśmy. Chwilę później poszliśmy zarejestrować się u urzędników. Zrobili zdjęcia, spisali i puścili. Gdy tylko wyszedłem dostałem informację od przewodnika:

-20$.

-Przepraszam?

-15 dla mnie i pięć dla nich – powiedział wskazując na urzędnika.

-No dobra – odpowiedziałem lekko zniesmaczony jednak wiedziałem, że to i tak dobry układ.

Chwilę później do Marcina dotarła informacja. Też nie był zbyt zadowolony ale ostatecznie się zgodził.

Czekając na załadunek mogłem słyszeć jak przewodnik prowadzi ostrą dyskusję z jedną ze strażniczek. Do mych uszu docierały tylko poszarpane zdania dotyczące miejscowości, do której płyniemy, długości pobytu jak i również zostawieniu nas samym sobie w wiosce na trzy dni. Gdy załadowaliśmy najtańszą benzynę, jaką miałem okazję dotykać i czuć (20$ za 70 galonów) dostaliśmy informację, że możemy być tylko na jeden dzień i że ruszamy z rana.

-Nie taka była umowa – powiedział Marcin – chcemy być co najmniej do południa następnego dnia po przybyciu.

-Do rana.

-Do popołudnia. Chcemy trochę poznać kulturę miasteczka a w parę godzin jest to niemożliwe.

-No… – pokręcił nosem – dobra. Do popołudnia.

Zadowoleni z układu poszliśmy szukać dobrego miejsca na namioty. Zjedliśmy najtańsze jedzenie w tym kraju czyli płatki owsiane z wodą na “surowo” i gdy zaczęliśmy zbierać się pod prysznic zagadał do nas jeden członek załogi. Właściwie bardziej zagadał do Marcina z czego później się cieszyłem.

-Cześć, jestem Otavalo.

-Cześć, Martin. Z jakiej wioski jesteś?

Bameno.

-A ile godzin się płynie?

-8 godzin. Najpierw płyniemy do Nuneno żeby zjeść śniadanie, później długi rejs do wioski. Organizujemy wycieczki dla turystów ale to ma sens gdy jesteś minimum 5 dni.

-Teraz nie mam czasu żeby się na takie coś wybrać – Marcin próbował się wkręcić – a tak z ciekawości ile na dzień taka wycieczka kosztuje?

-Mam wraz z moim kolegą firmę turystyczną. On siedzi w Coca a ja tutaj. Wszystko zależy co chcesz robić i jak długo ale najlepiej być na 5 dni. Wtedy płyniemy oglądać anakondę, kajmany, innego dnia polujemy na tapira, idziemy oglądać ptaki na punkt widokowy, są nasze tradycyjne tańce. Do tego jedzenie każdego dnia i miejsce na spanie. No i oczywiście transport.

-I ile to kosztuje? – niecierpliwie dopytywał Marcin.

-Zależy ile osób ale dla 3-4 osób to koszt 600-700$ za osobę za wycieczkę na 5 dni.

Gdy człowiek z Bameno jeszcze raz próbował reklamować wioskę ja zacząłem powoli tracić cierpliwość. Marcin powtórzył cztery razy, że obecnie nie ma czasu na taką wycieczkę a moja cierpliwość kończyła się wraz z narastającym deszczem. W końcu rozmowa została zakończona a na końcu Marcin wymienił się z człowiekiem dżungli facebookiem.

Zaczęliśmy szukać prysznica wraz z przewodnikiem, aż w końcu zostaliśmy odesłani do właściwego miejsca. Tam padło pytanie skierowane do mnie:

-Masz dużo znajomych w Polsce?

-No mam ich trochę – odpowiedziałem widząc do czego będzie dążył przewodnik.

-A zamierzają odwiedzić Ekwador?

-Ojj nie wiem. Ale mam znajomych którzy jadą do Ekwadoru tylko nie wiem czy będą chcieli wjechać tutaj do plemion.

-To rano wymienimy się mailami i facebookiem.

Wziąłem prysznic i koślawym krokiem wróciłem do namiotu. Moje klapki zdecydowanie nie nadawały się na gładkie kafelki pokryte wodą.

Dżungla o poranku
Ja, Marcin i nasz przewodnik. Nie polecam tego przewodnika!
A gdy mgły opadły…
Ja i żona przewodnika
Dżungla o poranku

Rankiem ruszyliśmy do wioski. Ptaki śpiewały, papugi i tukany latały nad głową, żółwie wyczekiwały na powalonych pniach pierwszych promieni słonecznych a my płynęliśmy.

O wiosce niestety nie mogę nic powiedzieć bo zostaliśmy trochę wykiwani. Nie oczekiwaliśmy oprowadzania i opowiadania (choć i to obiecywał przewodnik) ale przede wszystkim oczekiwaliśmy tylko dopłynięcia do miejscowości Nuneno. Pół dnia później w rozmowie wyszło, że trafiliśmy do ośrodka dla młodych Indian godzinę drogi dalej bo do tamtej wioski trzeba zapłacić jeszcze po 20$ na głowę. Wolałbym wiedzieć o tym przed faktem a nie po.

Przewodnik często zmieniał zdanie lub zapominał co mówił. Raz mówił że pójdziemy na mirador, raz że zjemy tapira którego upolowali (a na które to polowanie wpierw mieliśmy iść a potem okazało się że jednak nie) albo obiecany powrót wieczorem a nie rano. Tak jak pisałem nie oczekiwaliśmy nic więcej poza transportem do wioski ale jak się coś obiecuje to wypada się z tego wywiązywać albo przynajmniej informować na bieżąco. A tak zapamiętałem gościa jako tego co puszcza słowa na wiatr.

“Dzień dobry” u nich też nie funkcjonuje. Może mają taki zwyczaj że tylko jedna osoba odpowiada albo może ja robiłem coś źle witając się z nimi (także w ich języku!). Ale większość razy odpowiedziało mi moje echo niż grupa ludzi, do których kierowałem słowa a które to grupy cichły gdy człowiek przechodził obok. Może tak traktuje się człowieka co płaci 7,5$ zamiast 130$ a może to ja robiłem coś źle. Była tam para w średnim wieku, którzy swoją kulturą wyraźnie odstawali od reszty tego ośrodka – cały czas miałem wrażenie, że mąż tej kobiety to cierpliwy Hiszpan, który zmienił swój tryb życia.

Innym problemem jest kasa. Kasa wszędzie. To nie są te plemiona, z którymi robi się handel wymienny za kalosze czy maczety a są to plemiona, które od innych cywilizowanych miejsc różni tylko to, że do domu dopływają łódką a nie autem i zamiast komputera i smartfona maja tylko smartfona. No i domki są w typowym stylu ale obok i tak budują się te z cegieł i cementu. Ale tego można było się domyślić widząc znaki czy reklamy na autobusach promujące Huaorani.

Tak czy siak jesteśmy zadowoleni. Rejs wgłąb dżungli gdzie na piechotę idzie się cały dzień a łódką 2h to fajna sprawa. Trochę przypomina spływ rzeką Rudą. Powalone drzewa, ich kolor, kolor rzeki itp.

Pływanie wśród piranii to też spoko sprawa. Nie gryzą. Choć mnie to raczej nie miałyby z czego.

A co działo się w dżungli? Tego szukajcie w mojej książce.
(…która obecnie się tworzy…)

Bardzo ciekawa świata.
Biedna małpka na sznurku 🙁
Zwierzęta hodowlane w wiosce.
Owoc, którego miąższ jest używany jako farba do malowania indiańskich wzorów.
Rysunek oznacza meandrującą rzekę.
Nasz dom.
Nowy dom w budowie.
Kuchnia
Wyroby indian
Płyniemy na ryby
Idziemy pływać z piraniami!
Dom kultury
Bananowce
Jadalnia
Widok na Rio Shiripuno
Łowimy ryby
Rybak na wyjątkowej łódce – to ten kompletnie nie pasujący swoim obyciem miły koleś.
Baterie słoneczne muszą być.
Miasteczka po drodze i ich budownictwo
Teren obfituje w rafinerie naftowe.

Leave a comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *