#46 Quito, okolice, Laguna Quilotoa i La Mana

Quito to stolica Ekwadoru ciągnąca się przez ponad 30 kilometrów ze wspaniałym widokiem na okoliczne wulkany. Wysokość sprawia, że wieczory stają się tu mroźne. Miasto wyglądające jak Cuenca tylko znacznie większe i bardziej niebezpieczne. Dzwoniąc do kogoś i będąc na ulicy możemy pozbyć się telefonu. Złodzieje się nie pierniczą i wyrywają go z ręki. Tak przynajmniej mówiła mi koleżanka.

Jadąc tam z Puyo wzięła mnie kobieta w średnim wieku wracająca z pracy. Z pracy w dżungli! Podłączali sieć telekomunikacyjną na jakimś wypizdowie wielkim gdzie można dopłynąć jedynie rzeką. Za to domki budowane w tym miasteczku – pierwsza klasa. Pokochała mnie jak syna a jej matka jak wnuka. Żegnając się z babcią leciały jej szczere łzy. Przypominałem jej wnuczkę, która jest obecnie w Kanadzie. Rozmawiałem z tą wnuczką przez telefon i muszę przyznać, że jest to dziewczyna o najseksowniejszym głosie jaki miałem okazję kiedykolwiek słyszeć. Z resztą… patrząc na jej zdjęcie mógłbym się zakochać. Wracałem do nich trzykrotnie podczas swej podróży.

W samym mieście do zwiedzenia jest centrum budowane w stylu kolonialnym. Punktem sztandarowym każdej wycieczki jest Panecillo czyli wielki posąg anioła na wzniesieniu. Rozpościera się stąd panorama na miasto. Wstęp do Panecillo kosztuje 1$ tak samo jak parking w pobliżu. Do tego bardzo popularne Mitad del Mundo – czyli pomnik i muzeum na równiku (3$). Właściwie muzea są dwa. Jedno jest państwowe z wielkim pomnikiem i podobno niezgodne z GPSem. To na prawdziwym równiku jest prywatne i mieści się kilkadziesiąt metrów dalej i ma wiele ciekawych doświadczeń związanych z równikiem (np. doświadczenia obrazujące wpływ siły Coriolisa).

Ceny autobusów w mieście to koszt 25 centów. Jeśli jedziemy dalej na obrzeża to cena wzrasta w zależności od dystansu. Koszt z Terminal de La Ofelia do Guayabamba to 50 centów. Rondo za tym miasteczkiem to świetne miejsce na łapanie stopa do Kolumbii. Podobnie kosztuje autobus z Terminal Terrerestre Quitumbe do Aloag. To skrzyżowanie jest dobrym miejscem na łapanie stopa w kierunku Santo Domingo. Jest tam długi pas rozbiegowy zakończony przystankiem.

Nieopodal znajdują się piramidy Cochasqui. Naukowcy do dziś nie ustalili czy miejsce to pełniło centrum religijne czy astronomiczne. Gdyby przewodnik nie powiedział mi, że te kupki ziemi to piramidy i “toals’y” (czyli kopczyki ziemi) to bezskutecznie bym ich szukał dalej. Ogółem rzecz biorąc piramidy są zarośnięte trawą i zasypane ziemią. Całe stulecia nie dbania o te tereny zrobiły swoje. Faktycznie po pokazaniu mi tych piramid oraz długich ramp zacząłem zauważać też resztę. Częściowo została też odkopana jedna z piramid i prawie całkowicie piramida służąca do obrzędów. Miejsce to jest pre-inkaską rekonstrukcją życia sprzed półtora tysiąca lat. Jeśli ktoś nie miał okazji głaskać lamy to jest to świetna okazja (Zobacz film). Do dyspozycji są również muzea, przedstawiające zmieniającą się kulturę tego miejsca począwszy od czasów pre-inkaskich, przez inkaskie a kończąc na kolonialnych. To co uczyniło to miejsce wyjątkowe w moich oczach to przewodnik.

Plan rozłożenia piramid w Cochasqui. W tle prawdziwe piramidy.
Typowy styl budowania domków w kulturze pre-inkaskiej. Drzewo musiało być w środku.
Piramida od przodu z typową długą rampą.
Pre-inkaskie trupy.
Skrawek odkopanej piramidy przez niemieckich naukowców.
Główna piramida gdzie odbywały się wyjątkowe oobrzędy (w rzeczywistości jest dużo bardziej pokaźna ale telefon ze zdjęciami znikł mi chwilę później).

Wstęp dla obcokrajowca to 3$. Dla Ekwadorczyka to koszt 1$. Prosiłem przewodnika, żeby pozwolił mi wejść za 1$ i udało się. Powiedział, że dla nich ważniejsza jest historia i kultura aniżeli wyższe ceny dla obcokrajowców. Opowiadał mi historię tego miejsca z taką pasją i zaangażowaniem, że czułem się jakbym był tam zanim Inkowie zbudowali swe imperium. Opowiadał w języku hiszpańskim oczywiście.

Na terenie muzeum archeologicznego jest miejsce na rozbicie namiotu, ale nie wiem jak to cenowo wygląda.

Stąd jest mnóstwo szlaków, które prowadzą przez góry do Ibarra. Nie mogę się wypowiadać na temat tego miejsca, gdyż tam mnie nie było. Mimo to jest to rejon bardzo polecany.

Poza Ibarrą dookoła Quito jest mnóstwo rzeczy do roboty. Można wejść na przykład na wulkany. Najsłynniejszym jest Cotopaxi, u stóp którego jest największy na ziemi kamień. Poza tym subtropikalna wioska Mindo czy laguna Quilotoa (wstęp jest darmowy tylko trzeba się zarejestrować w budce na szlaku). Lub… okolice La Mana. To już bardzo daleko od Quito, ale w tych okolicach jest mnóstwo kopalni złota. Można iść je zwiedzać! Ja miałem okazję zwiedzić jedną. Do tego w okolicy La Mana są wodospady. Wstęp kosztuje 1$. Nazywają się “7 cascadas” czyli “7 wodospadów” podczas gdy jest ich tylko 3. Wg. mnie nie warto sobie zaprzątać głowy tymi wodospadami, nie mniej jednak spod wodospadów odjeżdża autobus do La Mana i kosztuje 50 centów.

Podbijam największy kamień wyrzucony przez wulkan Cotopaxi.
Torros del pueblo czas zacząć (nie corride gdzie się zabija i znęca nad bykami).
Laguna Quilotoa
DCIM102MEDIA
Idziemy podbijać jaskinię.
Patryk – władca świata. Widok byłby lepszy (o parę pokaźnych wulkanów) gdyby nie chmury.
Pomagam za jedzenie w Zumbahua.

A tu taka historia związana z kopalnią złota:

-Hello! – powiedział jakiś pan siedzący na ławce na rynku.

-Hola! – odpowiedziałem idąc w stronę kosza by wyrzucić śmieci.

-Skąd jesteś? Stany Zjednoczone? – kontynuował rozmowę gdy wracałem.

-Nie. Z Polski – odpowiedziałem zniechęcony, że znowu będę musiał tłumaczyć, że moja kochana Polska nie jest jednym ze stanów w Stanach Zjednoczonych.

-Ahh Polska. I podoba ci się Ekwador?

-Jak najbardziej.

-Szukasz hotelu?

-O nie – odpowiedziałem z lekką z przesadą w głosie – w namiocie. Na hotel nie mam kasy.

-Aa, masz namiot?

-Mam. Wie pan gdzie jest dobre miejsce na namiot?

-Tu na rynku, albo jeszcze lepiej w kościele. Idziemy zapytać księdza. Chodź.

Momentalnie ruszyliśmy a gdy tylko przystanęliśmy przy kościele, pode mną zrobiła się kałuża z ociekającego potu.

Puk puk. Nic.

Puk puk. Dalej nic. Wielka kropla spłynęła mi po policzku, przeleciała przez las włosów na mojej brodzie i dopełniła stale powiększającą się kałużę.

Puk puk.

-Chyba wyszedł.

-Nic się nie stało. Nie mam problemów żeby spać na rynku.

-Nie nie, w nocy cię zaleje. Idziemy zapytać gdzie indziej czy możesz rozłożyć namiot pod dachem.

I tak od domu do domu aż trafiłem do lokalu na sprzedaż. Na koniec dostałem już czwarty dzień pod rząd ciepły obiad a przy nim padło pytanie:

-Co jutro chcesz zwiedzić?

-Myślałem o tych wodospadach.

-Nie chcesz iść do kopalni złota?

-Ale przecież są zamknięte dla turystów…

-Mogę zapytać górników czy cię wezmą. Zjedz spokojnie i pojedziemy zapytać.

Wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy…

El Dorado. Trafiłem do tej mitycznej krainy cztery miesiące temu. To tu ludzie tracili głowy by posiąść wszystkie bogactwa świata. Ląd, który miał być przeciwwagą dla całego znanego ówczesnego świata przyciągał wielu i wielu też pochłaniał. Jungla nie ma litości dla nikogo. Ale czym jest życie bez bogactwa? Marne życie chłopa podległego swemu panu lub śmierć w poszukiwaniu złota. A gdyby się udało…

Tego dnia wcieliłem się w poszukiwacza złota. Zwiedziłem kopalnię złota. Małą ale bardzo obfitą w złoto. Warunki były nieco spartańskie bo od dwunastu godzin padał ulewny tropikalny deszcz. Mimo to było warto.

(Wiem. Urywam szybko opis zamiast go nieco bardziej rozbudować ale to dlatego, że zostałam trochę smaczków na później.)

Główna baza gdzie obrabia się złoto.
Główna baza gdzie obrabia się złoto od środka.
Mały, prywatny zestaw do przepompowywania wody ze złotem.
Oczyszczanie kamieni wydobywanych spod ziemi.
Kopiemy złoto!
Koleś zajmuje się wyciąganiem ludzi ze środka oraz wiader z ziemią.

Leave a comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *