#9 Montpellier

15 sierpnia o godzinie 4:30 trzeba było wstawać. Czas gonił, bo o 5:30 był planowany wyjazd z Pierrem na autostradę. Pierre jechał do pracy więc miał po drodze.

Pożegnałem się z Iwoną i ruszyliśmy przed siebie. Przy autostradzie musiałem poczekać, aż zrobi się jasno, ale jak tylko zrobiło się jasno to raz dwa złapałem pierwszy samochód.

Droga do Montpellier była bardzo krótka. Miałem okazję jechać trzema samochodami, a na dodatek ostatni kierowca podwiózł mnie pod same drzwi Petera z Montpellier. Na odchodne dał mi 20 euro.

***

Gdy tylko zjechaliśmy 30 zjazdem, Montpellier wywarło na mnie ogromne wrażenie, tylko po to by za chwilę pogrzebać je głęboko w ziemi. Każda kolejna uliczka, w którą skręcał kierowca była coraz brudniejsza i starsza. Fakt, że Montpellier to stare miasto, ale te uliczki zamiast pokazywać wdzięk odrestaurowania, pokazywały diabelskie rogi ruin.

Peter podał mi numer do swojego syna – Lucasa – ponieważ on miał pracę do wykonania i nie mógł mnie przyjąć osobiście w swoim domu.

Dom Petera to bardzo stara kamienica. Strach zapukać w drzwi, by nie zawalić ściany. W środku też nie najlepiej. Długie i wysokie schody a na nich pełno poukładanych różnych rzeczy. Jakichś butów, starych sprzętów, worków, papierów, wszystkiego.

Pierw zostałem zaprowadzony do mojego nowego pokoju. Nad kominkiem znajdował się obraz Che Gevary chwalący rewolucję a wokół niego pełno płyt jakichś zespołów.

Po wprowadzeniu i rozpakowaniu się Lucas pokazał mi resztę domu. Był ogromny. Całe dwa piętra ogromnego starego domu.

Kuchnia, którą kojarzę jeszcze z mieszkania od prababci, z tą różnicą, że piec kaflowy został przerobiony na miejsce na zwykły piekarnik i zmywarkę. Wodę brało się z, jak mniemam, kominka przerobionego na szafkę i wodę

***

(Proszę mi wybaczyć krytyczne podejście do mieszkania Petera. Co więcej, proszę mnie źle nie zrozumieć! To tylko opis, którym chcę sprawić byście czytając to mogło się tam znaleźć. Każdy mieszka gdzie mu dobrze, albo najlepiej jak może. Mi to jak najbardziej nie przeszkadzało, ale byłem bardzo zdziwiony, że we Francji ktoś jeszcze tak żyje i to prawie, że w centrum bardzo dużego miasta. Nie wiem czy Peter lubił taki mega retro style. Nie dbam o to i jeszcze raz podkreślam: nie jestem cycuś glancuś co musi mieszkać w luksusie oraz nie oceniam kogoś po tym jak żyje tylko po prostu jestem zdziwiony, że we Francji ktoś wybiera taki a nie inny styl nieodrestaurowanego mieszkania.)

***

Po tym wszystkim dostałem klucze do domu i zostało mi powiedziane co warto zwiedzić w mieście. Ruszyłem więc przed siebie…

 

Centrum miasta oddalone było o 5 kilometrów od domu Petera. Lucas proponował tramwaj, który kosztuje tylko 1,60 euro lub 10 euro za 10 przejazdów ale ja i tak wolałem zostawić sobie te pieniądze na gorsze czasy.

Drodze do miasta towarzyszyły mi tory tramwajowe, wydzielony dla nich pas zieleni i wąska jezdnia dla samochodów. Im bliżej byłem centrum tym bardziej szczęka mi opadała.

Im bliżej centrum tym więcej zadbanych domów z wysokimi, pięknymi i średniowiecznymi murami. Ba! To nie były domy na wystawkę! Tam mieszkali ludzie i prowadzili swoje codzienne francuskie życie.

DCIM100MEDIA

Eskalacja piękna i odrestaurowania była tym większa im bliżej było centrum. Widząc wielki mur i bramę kręciłem w boczną uliczkę. Po chwili mym oczom pojawił się wielki krzyż, wielka brama i wieżyczki obronne. A przy krzyżu grupka ludzi na deskorolkach.

Skręciłem na plac Peryou. Zaraz za wielką bramą witały mnie wielkie lwy składające hołd ogromnemu pomnikowi jeźdźca na koniu z wyciągniętym mieczem. Po bokach nie było za czysto. Miasto nie zadbało o to by posprzątać liście spadające z drzew, wokół których leżeli ludzie. A właściwie zadbało, tylko zgarnęli je na bok bliżej murów. Tam tworzyły się iście liściowe pagórki. Odwracając wzrok, dało się zauważyć wyrastającą z miasta wieżę katedry Anny. Bardzo mnie ciekawiła i intrygowała. To nie wszystkie atrakcje parku. Na jego końcu zaczynał się ogromny akwedukt, pod którym były jeszcze jedne dwa mniejsze parki.

 

Ruszyłem w pogoni za intrygującą wieżą. Mym oczom znowu ukazała się monumentalna brama wjazdowa do miasta oraz jego mury i mała wieżyczka obserwatoryjna. Za bramą, zaraz po lewej stronie stał budynek na wzór panteonu. W głębi miasta urocze kawiarenki. Zarówno te zaraz przy drodze jak i te schowane nieco w malowniczych ogrodach.

Każda kolejna katedra starała się być lepsza od poprzedniej, jednak ścisk miasta nie pozwalał na podziwianie ich w całej swej okazałości.

Błąkając się wśród uliczek miasta dotarłem do wielkiego parku. Gdzie się spojrzało tam byli ludzie. Bardzo wielu ludzi. Miejsce spotkań z przyjaciółmi, miejsce czytania książek, słuchania muzyki czy poznawania nowych ludzi.

Siadłem na trawie przed stawem i obserwowałem. Tam ktoś miał gitarę. Po chwili dosiadł się do niego kolega, a po kolejnej przyszła koleżanka. Może do nich zagadam? A może do koleżanki, która właśnie rozłożyła się niedaleko mnie i zaczęła czytać książkę?

Gdy byłem na pograniczu podjęcia decyzji przyszedł do mnie jakiś gościu i zagaduje. Nie miałem nic przeciwko, w końcu sam chciałem „zmarnować” w ten sposób czas. Wyciągnął cydr i tam leciała nam rozmowa…

DCIM100MEDIA

Żeby się nie zasiedzieć poszliśmy pozwiedzać dalej miasto. Największy i imponujący plac komediowy w Europie wyłonił się zza niepozornej uliczki. Gdybym nie obawiał się o nogę wróciłbym do tego miejsca ponownie w nocy.

DCIM100MEDIA

Kolejnym punktem na naszej drodze była dzielnica architektów. Część miasta oddana w ręce architektów. „Macie. Róbcie tutaj co chcecie.” I zrobili. Wielki plac ze stylowymi budynkami o połączeniu architektury współczesnej z architekturą XVIII wieczną. Siedliśmy przy rzeczce i rozmawialiśmy dalej. A mi wciąż spokoju nie dawała wieża z katedry św. Anny.

– Będziemy się powoli zbierać do domu, co?
– Ok. A w którym kierunku idziesz?
– mmm… tam!
– Czyli mniej więcej tam gdzie jest katedra świętej Anny?
– Tak. Pójdziemy tam. Tylko mi zawsze mylą się katedra św. Anny z katedrą St Roch.

Po długiej drodze dotarliśmy do katedry. Niestety była zamknięta, więc nie było mi dane widzieć jej wnętrza. Z resztą.. podobnie jak każdy inny budynek w tym mieście o tej niby młodej ale na takie rzeczy już za późnej godzinie. Po tym rozeszliśmy się w swoje strony.

***

Chwilę po moim powrocie wrócił Lucas. Wzięliśmy się za robienie kolacji – czyli pokrojonych warzyw, jakiegoś mięsa, cebulki, grzybów i makaronu. Wszystko zostało ze sobą zmieszane i stanowiło całkiem smaczną kolację. Miałem nadzieję, że wieczorem przyjdzie Peter i z nim porozmawiam ale niestety tak się nie stało.

Podczas kolacji porozmawialiśmy sobie na różne polityczne tematy, ale tego wątku nie będę tutaj rozwijał, po czym rozeszliśmy się do swoich pokojów. Nieudolnie próbowałem wrzucić zdjęcia do poprzedniego wpisu. Gdy to nie wyszło położyłem się spać…

– Ile u nas pobędziesz?
– jutro z rana się pozbieram i pojadę dalej
– Szkoda. Bo możesz tu zostać i odpocząć dłużej. Parę dni. Jak chcesz.
– Nie nie, pojadę rano.
– Ok, tylko o której?
– Jak wstaniesz rano
– ale ja późno rano wstaję
– nie przejmuj się. Mam czas.

Później tylko się wkurzałem bo co jakiś czas leciała salwa deszczu, a jak nie było deszczu to i tak musiałem czekać na Lucasa, którego ostatecznie obudziłem, bo dzwonił telefon.

Gdy już zbierałem się do wyjścia zadzwonił Peter i zaproponował, że mnie odwiezie. Oczywiści się zgodziłem. Żałował, że nie zostałem dłużej – to jest niesamowite – ale też zrozumiał i powiedział, że zawsze jestem tam mile widziany.

***

Pierwszy autostop tego dnia był zgoła odmienny od całej reszty. Zatrzymał się sam, kiedy rozmawiałem z Rosjaninem jadącym do Lyonu i nie umiejącym nic złapać.

– Ok to wskakuj. Masz jakieś pieniądze?
– Nie mam. To jest wyprawa bez pieniędzy – powiedziałem z całą stanowczością, mimo, że chwilę przed tym Rosjanin wyciągnął do mnie 5 euro, których nie przyjąłem.
– No to będzie zabawnie na bramkach..

Dalsza jazda robiła się dziwna. Była to trójka młodocianych ludzi. Dwóch chłopaków w wieku 17 lat i jedna dziewczyna w wieku 18 lat, która kierowała. Jeden wyglądał jak rasowy Irlandczyk o nieco czerwonawych włosach, drugi jak typowy skin, a trzecia jak Jimmy Hendrix (mam na myśli styl ubierania się).

– palisz?
– Nie.
– Pijesz?
– Czasami
– Bierzesz narkotyki?
– Nie

Taka krótka rozmowa zapoznawcza. Chwilę potem padło zdanie:
– Chcesz kokainy?
– Nie – powiedziałem lekko zmieszany.
– To ja sobie zrobię

Nigdy nie wiem co kieruje ludźmi do chwalenia się takimi rzeczami, ale zmroziło mi to krew w żyłach. Nie wiem czy to faktycznzie była koka, czy jakieś inne narkotyki. Na pewno cały czas robili sobie skręty, a tym razem odmierzył sobie działkę, którą chwilę później wciągnął do swojego nosa.

Na szczęście na bramkach wysiadłem bez żadnych problemów.

***

Tego dnia po raz pierwszy wzięła mnie pani kierowca tira. Na kolejnym przystanku stopa łapało 5 osób. W tym samym kierunku. Na szczęście nikt z nas sobie nie przeszkadzał. Ja jako jeden miałem duże szasne, oni jako dwóch stali gdzieś indziej, a kolejna dwójka łapała na wjeździe. Kiedy oni po parogodzinnym staniu zrezygnowali podjechał po mnie samochód i zabrał wprost z paszczy deszczu.

Tego dnia jechałem jeszcze z parą francuzów w wieku około 40 lat ale gdyby mi nie powiedzieli rzekłbym, że nawet nie mieli 30. Było bardzo wyluzowanie.

***

Następny dzień po bardzo szybkim złapaniu stopa okazał się być jednym z gorszych. Zostałem podwieziony na strefę ekonomiczną i kierowca (jak się okazało tira) zaznajomił mnie z polskim mechanikiem. Polski mechanik poszedł mi pomóc i… klapa.

– Zawsze stali. Pełno Polaków na Walencję, ale teraz nie widzę ani jednego.

Jak na złosć. Poszedłem więc na bramki i spędziłem tam pół dnia. Później zmieniłem miejsce i po godzinie postanowiłem, że próbuję dostać się za miasto na droge krajową. Po drodze spostrzegłem polskiego kierowcę tira więc nie omieszkałem podejść i pogadać. Okazało się, że chętnie mnie podrzuci na stacje bo i tak nie ma co robić, a pakę ma pustą. Przed tem poszliśmy nad morze…

***

Ostatni stop tego dnia był bardzo ciekawy. I oczywiście pouczający – bo kierowca mówił tylko po Hiszpańsku a był bardzo rozmowny. Zadzwonił też do swojego kolegi, z którym również rozmawiałem. Powiedział, że nigdy nie bierze ludzi na stopa, ale tym razem zrobił wyjątek. I chwała mu za to. Na koniec dał mi krzyż „Cruz de Caravaca. Bardzo miły gest z jego strony.

Została mi godzina łapania a na stacji był internet. Zapytałem więc polskiego kierowcę tira czy jedzie na Alicante oraz czy zna hasło.

– Zapytaj tam pani w sklepie o hasło, na pewno ci wbije

Tak też się stało. Kiedy poszedłem na wyjazd kierowca sam z siebie do mnie zagadał:

– I co udało się zdobyć to hasło?
– Udało! Dziękuję!
– Mówiłem. Jadłeś coś?
– Mało
– A jesteś głodny?
– Ja zawsze jestem głodny, ale nie chcę robić kłopotu.
– To może inaczej. Chcesz jedzenie czy nie? Bo ci zrobię. – Zapytał bardzo konkrentym i stanowczym tonem.
– Chcę – odpowiedziałem.

To moje śniadanie.

I w taki sposób dostałem kolację, a następnego ranka nawet śniadanie, gdyż również zostało mi to zaproponowane. Jakby tego było mało, załatwił mi kolejnego stopa do Alicante…

I tak znalazłem się w Elche gdzie zaczęły się kolejne trudne dni….

***

Sporo maszerowałem i w końcu złapałem stopa do miejscowości przy trasie na Cartagene. Stanąłem sobie przy wjeździe na autostradzie i po 10 minutach podjechała Guardia Civil.

–  Tu nie można autostopować
– Jak to nie można!? Przecież tu jest tyle miejsca na zatrzymanie się – wskazałem na rozległe pobocze i pytałem zdziwiony, gdyż wiele wiele razy już przejeżdżała koło mnie jakaś służba porządkowa i nic nie mówili.
– Nie można. No autostop.
– To gdzie można? – spytałem z nadzieją, że po prostu wyganiają mnie z ronda wjazdowego bo myślą, że tam nie można. Spojrzeli po sobie i mówią:
– W Hiszpanii nie można autostopować. – tutaj już dostałem kręćka.
– Co to znaczy? W ogóle nie można w Hiszpanii łapać stopa!? – pytałem lekko poirytowany.
– W ogóle. W całej Hiszpanii.
– W całej? – dopytywałem z niedowierzaniem.
– Całej. Skad jesteś i dokąd jedziesz?
– Z Polski i jade na Gibraltar
– W Hiszpanii podróżuje się pociągiem, autobusem lub samolotem. Mogę zobaczyć twój paszport?
– Jasne… – wręczyłem z zażenowaniem mój paszport i liczyłem tylko na to, że nie wlepi mi mandatu.
– Proszę – powiedział oddając mi paszport – W Hiszpanii nie można autostopować.
– Ok, dowidzenia – odwróciłem się i ruszyłem w swoją stronę. Sprawdzałem potem tę informację i nigdzie nie znalazłem zakazu. Co więcej jeszcze tego dnia pełno guardii civil koło mnie przejeżdżało i nic mi nie zrobili, a stałem w dużo bardziej niebezpiecznych (aczkolwiek wciaz dozwolonych) miejscach.

Smutny i zły na cały świat pomaszerowałem na drugą stronę miasta na drogę nacjonalną, na której po 4 godzinie stania zrobiło się ciemno i musiałem poszukać czegoś do spania. Ze względu na nogę postanowiłem, że przejadę się autobusem do miasta, przy którym jest stacja i resztę przejdę piechotą (czyli ok 10km).

Tak wygląda zdecydowana większość rzek na południu Hiszpanii.
Tak wygląda palma której liście nie są obcinane.
Zachód słońca a ja dalej łapię…

Przed położeniem się spać chciałem sprawdzić najbliższy autobus więc zapytałem pierwszych napotkanych ludzi gdzie jest przystanek. Jeden był ubrany w suknię i turban na głowie. Okazało się, że są to muzułmanie, ale nie mówili dobrze po angielsku więc zapytali za mnie biegacza. Biegacz potrafił po angielsku i zaczął mi tłumaczyć gdzie jest przystanek. Tłumaczył w bardzo trenerski i motywacyjny sposób. Z lekko uniesionym głosem, jakbym za chwilę miał rozpocząć wyścig życia. Po zakończonej rozmowie muzułmanie postanowili, że zaprowadzą mnie na przystanek. Poszli jednak nieco inną drogą co wzbudziło moją czujność. Było ciemno a oni idą inaczej niż Biegacz mówił. W dodatku są to ciemne uliczki…

Na szczęście nic się nie stało. Podczas drogi rozmawialiśmy o moim sposobie podróżowania, o tym kim jesteśmy (właśnie wtedy dowiedziałem się, że są Muzułmaninami i zareagowali pozytywnie jak odpowiedziałem, że jestem Chrześcijaninem). Bezpiecznie dotarłem na przystanek, gdzie za ich namową zapytałem gościa z psem o cenę biletu.

– Potrafisz mówić po angielsku?
– Trochę – odpowiedział jak większość Hiszpanów.
– Ile kosztuje bilet do Orihuela albo Murcji?
– Nie wiem… – i zaczął się jąkać, po czym zapytał – skąd pochodzisz?
– Z Polski.
– To co się ku*wa nie odzywasz i każesz mi łamać język.
Roześmiałem się na całe gardło.Za wiele się nie dowiedziałem od niego. Był też lekko wstawiony, ale myślał, że gdyby nie wypił to mógłby mnie wziąć. Ciekawe czy na trzeźwo też by tak pomyślał.

***
Ranek był fatalny. Jechałem dwoma autobusami, za które łącznie dałem około 3 euro, a później szedłem 10km piechotą. Po drodze nazbierałem sobie cytryn i fig do plecaka – figi tego dnia miały być jedynym pożywieniem dla mnie. Po paru godzinach łapania znużony postanowiłem, że idę na przeciwną stronę i jadę do Torrevieji – bo Aleks w końcu po 3 dniach mi odpisał, że mam do niego wbijać. Ruszyłem więc w stronę stacji po drugiej stronie i spotkałem Rosjanina, który utknął na stacji za Murcią na paręnaście godzin i dlatego przybył na tę stację przed Murcją. Gdy szedłem nie widziałem go na stacji i zżerała mnie zazdrość, że jak tylko poszedłem to on w mig coś znalazł. Na szczęście później zauważyłem go jak pytał ludzi zamiast stac na wylocie.

Tak, wiem. Jestem chamski. Tak naprawdę byłem bardzo zmęczony i rozczarowałem się gdy go tam nie widziałem, bo to znaczyło, że postałbym godzinę dłużej i coś by mnie wzięło. Wiecie jak to jest. To nie jest moja zawiść, czy życzenie komuś źle. Staram się nie życzyć ludziom źle. W sumie nie życzę ludziom źle, ale lepiej się poczułem wiedząc, że nie tylko ja tam tak długo stałem… To takie ludzkie i niepoprawne z mojej strony…

Transport do Torrevieji dość szybko się znalazł. Jechałem z Serbami, ale… w połowie drogi zażyczyli sobie 20 euro. Tłumaczę im, że nie mam. Oni dalej się targują. Gdy miałem wysiadać w Torrevieji to skończyli na 3 euro albo 3 piwach. Uniosłem się, że takie rzeczy ustala się na początku po czym zacząłem się zwijać z ich samochodu. Na szczęście nie robili problemów (choć rękę na gazie pieprzowym miałem przez całą drogę odkąd zażądali zapłaty).

Resztę wydarzeń opiszę w kolejnym wpisie, gdyż zacznie się on nieco filozoficznie…

Leave a comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *