#8 Strach o wielkich oczach

Tego dnia dotarło do mnie, że dni nabierają tempa im bliższa jest data mojego wyjazdu…

W czwartek zaraz po przebudzeniu skoczyłem na krótki spacer wzdłuż wybrzeża. Celem tego spaceru było sprawdzenie autobusów, gdyż mieliśmy z Markiem jechać do Saint Tropez na wycieczkę.

Oczywiście po powrocie czekały na mnie z niecierpliwością obowiązki. Tym razem było obcinanie liści palmy (o bardzo kujących liściach), plewienie, zbieranie kamieni, wyrównywanie ogródka podziurawionego przez dziki oraz podlanie kwiatków. Praca była umilana rozmową z siostrą.

Po krótkiej przerwie był czas na lekcję oraz krojenie „tony” jabłek na ciasto, które później sam zrobiłem! Mimo, że robiłem to już nie raz to dopiero wtedy dotarło do mnie, ile glizd i innych robaków musiałem zjeść nie przejmując się robaczywymi jabłkami. Mimo iż nigdy mnie to nie obchodziło, to teraz do mojej głowy wszedł taki skrzat, co bardzo dobitnie odbiera mi przyjemność z jedzenia niepokrojonego jabłka prosto z sadu.

***

Obiad tego dnia był inny niż zwykle. I oczywiście jak zwykle przepyszny. Była pieczeń, z sałatką z marchwi i pieczona cukinia. Po obiedzie przyjechał Toma.

Toma to syn siostry Pierra. Jedyny język w jakim mogłem z nim porozmawiać to angielki. Angielski z akcentem franciskim, przez co czasem ciężko było mi zrozumieć.

Wraz z Anią i Tomem wybraliśmy się na plażę. A na plaży… Bałtyk. No może nie. Dno było widoczne, ale może było dość wzburzone co powodowało unoszenie się różnego rodzaju syfu w wodzie. Wróciliśmy do domu, po czym Iwona zawiozła nas na inną plażę.

Woda wcale nie była tam czystsza, ale za to miała ogromne fale, w które nie omieszkałem wskakiwać. Godzinę później Iwona przyjechała po nas i zabrała nas do Agaty (mamy Fannette). Tam graliśmy w głupiego jasia i inne tego typu zabawy wodne. Tym razem Fannette przybyła do nas. Co więcej, Agata ma dwóch kolegów, do których być może dostanę kontakt. To niesamowite ilu ludzi jest w stanie podać jakiś kontakt do kogoś. Bezinteresownie. Tak po prostu, z czystej chęci pomocy.

***

Nigdy nie wiesz kiedy przydadzą się nietuzinkowe „umiejętności”. W prawdzie moja umiejętność szycia ograniczyła się tylko do zrobienia dwóch hamaków i paru pokrowców, co wcale nie pozwala mi się nazwać krawcem, jednak tego dnia zaszyłem dziurę w sukience Oliwii.

Zapewne wprawny krawiec wymyśliłby coś dzięki czemu bluzeczka z bardzo cienkiego, deliaktnego i przeswitujacego materiału wyglądałaby jak nowa. Ja ograniczyłem się do podłożenia za dziurę skrawka materiału kolorystycznie pasującego do bluzeczki i obszyłem dookoła dziurę. Przed całą czynnością bardzo długo się przygotowywałem, żeby wszystko wyszło ładnie. Wprawdzie Iwona powiedziała, że to może być nawet brzydko, ale i tak chciałem to zrobić najlepiej jak potrafię. Najbardziej obawiałem się, że po prostu nie wyjdzie i zniszczę całą bluzeczkę…

Ale się udało. Podobnie jak ciasto, które chwilę później zrobiłem. Tzn… ja tylko przygotowałem kruszonkę i posypałem jabłka, a piekarnikową resztę zrobiła Iwona.

***

Pożyczyłem później komputer i siedziałem do nocy ściągając pliki i przygotowując pendrivea ratującego mój tablet. Wszystko po to, żeby dowiedzieć się o północy, że za 4 godziny mogę ściągać dalej… Sprzątnąłem więc laptopa do swojego pokoju i niepocieszony, że o 4 pobudka poszedłem spać… Nad ranem w moim pokoiku była strasznie słaba prędkość internetu, więc wyszedłem na taras, podłączyłem laptopa, włączyłem ściąganie i poszedłem do swojego pokoiku.

Wróciłem po piątej po laptopa a tam… Pusty stół. Na chwilę stanęło mi serce. Przyjechałem z niczym a odjadę z niczym minus cena laptopa i brak zaufania. W mojej głowie kłębiły się straszne myśli. Nie mogłem w tak głupi sposób stracić laptopa. Przecież jakby był złodziej, to próbowałby się włamać do środka. A jakby próbował się włamać do środka to spróbowałby dostać się do mojego pokoju bo drzwi były otwarte.. NA OŚCIEŻ! A może to taki złodziej oportunista? Ale przecież drzewa i krzaki wokół. Nic nie widać. To nie mógł być złodziej oportunista. Drzwi i rolety wyglądają na nienaruszone, więc włamania do domu też nie było.. A może to Pierre tak wcześnie wstaje do pracy i zauważył laptopa na stole? Pewnie go wziął. To całkiem prawdopodobne. Prawdopodobne też jest, że się na mnie bardzo wkurzy… Co robić? Pewnie pomyślał, że lekkomyślnie zostawiłem na całą noc laptopa na dworze… Zaufanie do Patryka spadnie teraz do kompletnego zera bezwględnego…

I wtedy usłyszałem uruchamiany samochód.

– To Pierre jedzie do pracy! – krzyknąłem uradowany w duchu do siebie i pobiegłem go złapać. Niestety nie udało się. Musiałbyć zapatrzony we wsteczne lusterko kiedy cofał i mnie nie zauważył. Później zrobiłem się nieco spokojniejszy ale i trochę rozczarowany, ponieważ chciałem zrobić bootowalny USB (czyli takiego pendrive’a z którego będę mógł zainstalować system w taki sam sposób jak robi się to za pomocą płyty) a teraz musiałem czekać aż zrobi się trochę jaśniej do pracy w ogródku. Nie obyło się bez wstrętnych myśli o złodzieju i tej nutce niepewności, ale nie było już tak źle jak na początku.

Rano porozmawiałem z Iwoną i moje przypuszczenia się potwierdziły. Pierre przyniósł laptopa do domu. Uff… Później tylko myślałem, czy będzie zły, czy nie jak wróci do domu. Iwona nie wydała się być przejęta i powiedziała, że nic się nie stało oraz że to spokojna okolica. Uff… znowu mi ulżyło.

***

Tego dnia o 8 wyjeżdżaliśmy z Markiem na długo wyczekiwaną wycieczkę do Saint Tropez. Długa kręta droga doprowadziła nas do tego bardzo znanego miasteczka. Pierwsze co zrobiliśmy to poszliśmy zwiedzać miasto. Nie różni się zbytnio od średnich miast turystycznych. Ot zwykłe miasteczko. Poszliśmy do cytadeli i po drodze zjedliśmy pyszną pizzę, którą dzień wcześniej specjalnie na tę okazję dostałem od Iwony (przy okazji dostałem też pizzę na moją drogę do Hiszpanii).
Nagle Marek mówi:

– Patrz tam! Widzisz tego ptaka?
– Jakiego ptaka?
– Tego dużego, tam.
– Aaa. Paw! Co on tu robi!?
– Może uciekł stąd. Na pewno! Ma za długie pióra i odleciał.

Ciekawe było to, że zbliżył się na bardzo małą odległosć do naszej ławki. Łyknął moją oliwkę, którą wyrzuciłem (ponieważ nie przepadam za nimi). Łyknął ją razem z pestką.
Do samej cytadeli trzeba płacić 3 euro za wstęp, co oczywiście jest o 3 euro więcej niż chciałbym wydać za wstęp tam. Na szczęście dookoła jest droga z malowniczymi widokami na zatokę…
Kościół w Saint Tropez jest bardzo schowany. Idzie się ulicą i patrzy na ściany restauracji czy domów i nagle jedna z tych ścian do kościół. Bez wydzielonego miejsca. Po prostu schowany w zabudowaniach nagle wyrasta. Trafiliśmy na pogrzeb kogoś ważnego, ponieważ na trumnie była flaga Francji (dokładnie tak jak w Amerykańskich filmach). Jakby tego było mało to z kościoła wyszło parę osób ubranych na wojskowo. Wszystkiemu towarzyszyła jakaś piosenka. Ale nie pieśń. Jakaś piosenka. Piosenka wydająca się być wesołą piosenką. Wręcz skoczną, ale tekstu niestety nie rozumiałem.
Sam kościół też nie jest dziełem sztuki. No może jest, ale w St. Raphael jest dużo ładniejszy. W zamian za to Marek opowiedział mi historię Świętego Tropez.

Gdzieś tam jest Ste Maxime
Schowany kościół w St Tropez

***

A było to tak:
w zamierzchłych czasach panowania Nerona gdy sprawował niemałą władzę w europie, a chrześcijaństwo dopiero się rodziło był wojownik o imieniu Tropez. Tropez przeszedł na chrześcijaństwo i odrzucił bogów rzymskich.  Nie spodobało się to cezarowi więc wybrał przyjaciela Tropeza na pojedynek.

– Tropez weź nie świruj! Powiedz że wierzysz w bogów Rzymskich.
– Nigdy!
– Przyjacielu, nie chce cię zabijać!

Straszne rzeczy się wydarzyły. Przyjaciel musiał zabić przyjaciela. Ale to nie Tropez był zabitym, a ten, który miał go zabić.

Syn zabitego miał ogromny żal iw odwecie ściął głowę Tropezowi a następnie wypuścił ciało w morze na tratwie wraz z psem i kogutem. Te jednak nie chciały jeść bezglowego i przy pierwszej okazji uciekły na brzeg.

W miejscu, do którego odpłynęła tratwa dziś wznosi się miasto Saint Tropez.

(Mam nadzieję że nic nie pomieszałem.)

***

Później przeszliśmy się na plażę gdzie dowiedziałem się, że w St. Tropez to wszystko co można zwiedzić. Nie ma nic więcej do oglądania. Godzina 1130 i wycieczka ma się skończyć? Nie może być!

Marek całą drogę przekonywał mnie do pójścia do Portu Grimaud. Chciał jechać autobusem, ale zapomniał, że ja płacę za autobus a on ma za darmo. Gdy to nie działało, powiedział, że możemy iść piechotą. Podszedłem do tego sceptycznie, gdyż chciałem jeszcze porobić coś w ogródku wieczorem, a po przejściu 15 km (bo tak początkowo pokazywał GPS), będę padnięty. Ale Marek się nie poddawał. Uruchomiłem ponownie GPSa i okazało się, że  do Portu Grimaud jest tylko 5km. To pozwoliło mi zdecydować, że idziemy. Idziemy w najgorszym słońcu. Bałem się o Marka, żeby przypadkiem nie dostał udaru albo odwodnienia, ponieważ mieliśmy tylko litr wody, a ja zapomniałem wziąć półtoralitrową butelkę, ale nic mu nie było.

Po godzinie dotarliśmy do portu a tam… Tam  przypomniało mi się jak byłem tam 8 lat temu w kościele na polskiej mszy. I tylko ten kościół był atrakcją tej francuskiej Wenecji. Miasto przedzielone kanałami, którymi można przepłynąć kupując elektryczną łódź za 25 euro za pół godziny. Ot taka zwykła Wenecja tylko 10 razy mniejsza i nie śmierdzi.

Czas zaczął nas naglić na autobus, który był o 1455. Na przystanku okazało się, że on nie jedzie do naszego miejsca a tylko do centrum Ste. Maxime. Musieliśmy poczekać dodatkowe pół godziny, żeby pojechać właściwym autobusem.

Bardzo zmęczeni zdrzemnęliśmy się w autobusie i w ostatnim momencie Marek zreflektował się, że przejechaliśmy przystanek. Na szczęście tylko o jeden.

Wycieczka była bardzo udana i superowa, mimo, że nie było za dużo zwiedzania. Po prostu fajnie się z Markiem chodziło.

***

Przyszedł też czas na wymianę ekranu i klawiaturę. Pierre bardzo chciał nauczyć się jak się to robi więc pokazywałem. Wraz z Pierrem zebrała się cała gromadka ludzi, obserwująca co ja robię. A ja.. tylko wykręcałem ekran i zmieniałem klawiaturę. Nic więcej. Śrubki, zatrzaski, taśma, śrubki, zatrzaski. Ot cała filozofia.

Zajęło mi to znacznie więcej czasu niż myślałem, ale wszystko dlatego, że nic nie chciałem urwać oraz nic nie chciałem zniszczyć. Ze swoimi komputerami się tak nie pieściłem, tylko czasem nawet wyrywałem zatrzaski, ale tutaj nie mogłem sobie na to pozwolić. Nie moje i ma być zrobione porządnie! I tak też zostało zrobione.

***

Kolację tego dnia zjadłem wraz z całą rodzinką Bernierów. Zjadłem ciekawe danie, które składało się z masy podobnej do naleśnika, wypełinonej serem i kiełbasą. Nazwane jest kiszem. Do tego Pierre częstował mnie serem Cammembert i sardynkami z puszki. Po wszystkim dał mi szynkę, ser i jajka.

Pojechaliśmy z Iwoną do jej koleżanki po klawiaturę. Dostałem dość ciężką, zrobioną z pleksi klawiaturę Applea. Do 3 w nocy próbowałem wgrać orginalny system ale się nie dało. Po prostu nie widział pendrivea, a wujek google nie za bardzo umiał pomóc swoimi nietrafionymi radami. Zostawiłem wszystko na następny dzień. Grunt, że udało się chociaż sformatować ten windows 10 i przywrócić tablet do życia.  Niby tablet, niby przystosowany windows 10 ale nie ma możliwości dodykowego wybrania konta, jak coś się popsuje by wybrać przywracanie systemu. Nie ma też ekranowej klawiatury przez co mając myszkę  człowiek zatrzymuje się na drugim kroku, gdzie trzeba wpisać hasło by potwierdzić, że ja to ja i tym samym by móc rozpocząć odzyskiwanie systemu. Ale ważne, że się udało.

***

Zmęczenie dało się we znaki co skutkowało bardzo długim zwlekaniem się w sobotni poranek z łóżka. Wstałem dwie godziny później niż chciałem. Zjadłem śniadanie i znowu bawiłem się w mediatora prosząc korniki by sobie poszły…

W międzyczasie zmieniałem szlauch z jednego drzewka na inne, bo kiedyś trzeba je podlać, a najlepszym momentem jest zmiana lokatorów.

Tak na prawdę zleciało mi na tym parę ładnych godzin. W przerwie obiadowej zjadłem pizze, którą dostałem od mamy Pierra i muszę przyznać,że również była bardzo smaczna. I byłbym zapomniał! Dzień wcześniej mama Pierre’a dała mi czekoladę na drogę!

Gdy wszystko zostało skońcozne wskoczyliśmy do basenu rozluźniając mięśnie… Po basenie miałem chwilę wytchnienia. Taką 3 godzinną, bo po niej znów trzeba było wrócić do korników, które ostatecznie skończyłem chwilę po 22. W przerwie tej byłem częstowany lodami, galaretką czy konfiturą od Marka. Do tego były gofry, ale w końcu gofrownica (stara i wysłużona mająca więcej lat ode mnie) wyzionęła ducha… W przerwie gmerałem jeszcze przy tablecie i naprawienie go przeroslo moje oczekiwania. Wszystko działa w nim jak należy!

***

W ostatni dzień Pierre zabrał mnie wraz z Markiem i Oliwią na wycieczkę do Cotinagne oraz do Le Manuard nad jezioro. Żałował że nie miał więcej czasu żeby wziąć nas w jeszcze jedno miejsce.
W Cotinagne znajduje się małe sanktuarium powstałe w wyniku poczęcia króla Ludwika XIV. Jego rodzice nie mogli mieć dzieci więc bardzo mocno się modlili i oto voila. Stało się. Następca tronu się stał.

Później poszliśmy na dwugodzinny spacer do źródła św. Józefa. Tam wypełniliśmy butelki świeżą i jakże pyszną wodą.

Niestety kamera odmówiła posłuszeństwa..

Zwieńczeniem wycieczki była kąpiel w jeziorze wypływającym z francuskich kanionów.


Urokliwe i ciekawe miejsca. Bardzo się cieszę, że dostałem zaproszenie i mogłem spędzić dzień dłużej z Bernierami.

***

Po powrocie poznałem najstarszą córkę Iwony i Pierrea – Olę oraz jej chłopaka z Kolumbii – Nelsona. Czas mnie gonił a miałem jeszcze sporo rzeczy do załatwienia. Przede mną było pakowanie, sprzątanie pokoju, pomoc w komputerowych i telefonowych sprawach, dokończenie ogłoszenia,  zrobienie zdjęcia sferycznego na googlea i pomoc Pierrowi w naprawie wycieku wody u wczasowiczów.

Tego ostatniego, jak okazało się następnego dnia, nie udało się naprawić.

Zjedliśmy również wspólną kolację, na której wygłosiłem moją mowę pożegnalną. Dziękowałem za goscinę, za to że spędziłem z nimi wspaniałe dwa tygodnie, za obiady i całą resztę, którą opisywałem na łamach tego bloga.

Pierre również mi podziękował, komentując, że odwaliłem kawał dobrej roboty i dostałem zaproszenie jak będę wracał.

Bardzo ciężko było mi się z nimi rozstawać. Czułem się tam jak w domu…

Leave a comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *