#5 Inne obyczaje

Rankiem postanowiłem złamać 4-cyfrowy szyfr z kłódki od Marka. Nie jestem wyborny w łamaniu szyfrów, ale tego typu zabezpieczenia nie są zabezpieczeniami.

Niestety szyfr, który wpisał sobie Marek nie otwierał kłódki, więc kłódka leżała bezużytecznie zamknięta. Marek postanowił, że każdego dnia będzie sprawdzał po 1 000 kombinacji (wszystkich możliwych kombinacji jest 10 000). Nie wiele mu brakowało, gdyż tego dnia, jeśli przerobiłby kolejny tysiąc, to otworzyłby tę kłódkę. Ja zrobiłem to prostszym i szybszym sposobem.

Później standardowo zajmowałem się pracami przydomowymi. To zabawne, ponieważ myślałem, że jeden, góra dwa dni i ogródek będzie gotowy, a tu się okazuje, że już niewiele mi brakuje do tygodnia.
Nie robię cały dzień, bo o 10 Słońce robi się nieznośne a wieczorem, kiedy Słońce powoli kładzie się spać i daje wytchnąć ludziom, robi się coś innego (np. spaceruje czy idzie na plażę). Od przyszłego tygodnia spróbuję wprowadzić jakiś plan, by móc w pełni wykorzystać dzień i maksymalnie dużo popracować.

Następnie prosiłem grzecznie korniki by powychodziły z mebli, ale te jakoś nie specjalnie chcą słuchać. Na niektórych meblach stworzyły całkiem pokaźną armię, która potrafi wykonywać zasłonę dymną z drewna. Wystarczy delikatnie stuknąć nogę od stołu by mieć sproszkowane trociny.

No dobra. Tylko na jednym stole uformowały niemałą armię. Coś czuję, że on długo już nie pociągnie.

IMG_20160805_144651124_HDR

***

Podczas pracy Iwona zaproponowała mi i moim rodzicom, żebyśmy pojechali wieczorem z Markiem na zajęcia surfingowe. Marek miałby lekcję a my mielibyśmy spacer i zwiedzanie.

– A jakby to nie wyszło, to ja mam taką koleżankę. Ona ma córkę. Może chciałbyś się z nią spotkać? Porozmawialibyście sobie po hiszpańsku.
– Czemu nie? – odpowiedziałem. Myślałem, że tak czy siak umówilibyśmy się z nimi na jakiś spacer – tzn. Iwona z jej mamą i moimi rodzicami a ja przy okazji mógłbym sobie na spacerze porozmawiać z młodszą duszą. Pomysł jak najbardziej mi się podobał.

***

Po południu Marek pichcił w kuchni. Ja go podziwiam. Uczy się robić tak wiele rzeczy, z tak wielu dziedzin. Upiekł dla nas ciasteczka, które były przepyszne. Znikły w przeciągu 10 minut.

Później dostałem informację, że jestem umówiony z Janet na 18:30 na godzinkę, a rodzice wraz z Iwoną gdzieś sobie pojadą.

– Weź sobie strój bo oni mają basen z widokiem na morze!

Wtedy dostałem lekkiego stresa.
Godzinę!? I to samemu!? Z dziewczyną, z którą mam rozmawiać po hiszpańsku!? Przecież po 5 minutach, jak nie wcześniej, skończy mi się słownictwo… Ale będzie siara… Muszę szybko poszerzyć swoje słownictwo.

– Widzisz synku. Będziesz miał niezapomnianą randkę! – śmiała się moja mama.

Kiedy tylko zobaczyłem Iwonę powiedziałem jej o moich obawach, ale ona mnie uspokoiła:

– Spokojnie. Jej mama jest polką, więc jak skończy się wam słownictwo to porozmawiacie po polsku. To wiesz… rozgadana dziewczyna jest, więc i tematy się znajdą!

I faktycznie tak było.

***

Podjechaliśmy pod górkę do domku. Cicha okolica i domek, wydawać by się mogło, jedno piętrowy. Nic bardziej mylnego. Kolejne piętro było w skale. Pół domu w skale, a drugie pół z widokiem na morze…

Drzwi otworzyła nam mama Janet. Po krótkim poznaniu się zaprowadziła mnie do pokoju gdzie spokojnie mogłem się przebrać i wskazała mi drogę na basen.

Do basenu schodziło się schodkami wśród drzew i ulubionych przez francuzów krzewów (oleandrów). Na dole czekała już na mnie Janet.

Woda w basenie była bardzo cieplutka (jest dodatkowo podgrzewana). Ja jestem ciepłolubny więc jak najbardziej mi odpowiadała – szczególnie tego dnia, ponieważ były bardzo silne wiatry, przez co po wynurzeniu się z wody momentalnie robiło się zimno.

Janet jest bardzo fajną dziewczyną. Niedawno wróciła z wakacji w Polsce. Co więcej, lubi nasz kraj. Jej matka jest Polką a ojciec Francuzem. Mieszkają w Alpach i bardzo lubi tamte rejony.

Poza „kim jesteś i co tu robisz” konwersowaliśmy na temat seriali, książek, polityki, naszych krajów, studiów, szkolnictwa, ulubionych i ładnych miejscach i wielu wielu innych.

Tutaj potwierdziło się to co słyszy się w mediach na temat poprawności politycznej.

– Ja w Polsce czułam się szczęśliwa. Tutaj we Francji nie możesz powiedzieć, że nie lubisz muzułmanów. Nawet jeśli oni zadźgają dziewczynę, która miała za krótką (jak na kulturę islamską) sukienkę. A w Polsce niektórzy otwarcie mówili, że ich za to nie lubią.

To straszne, że w imię wolności słowa i źle pojętej tolerancji wsadza się ludzi do więzień za wyrażanie swoich opinii popartych faktycznymi wydarzeniami.

Janet jest na prawdę fajną dziewczyną i ponad półtora godziny zleciało bardzo szybko. Właściwie to w basenie niespecjalnie pływaliśmy – staliśmy w tej ciepłej wodzie i cały czas gadaliśmy. Co więcej, dostałem zaproszenie na spotkanie się z jej przyjaciółmi w przyszłym tygodniu. Zobaczymy czy to z ogóle dojdzie do skutku – bo jak oni nie mówią po angielsku to będzie cienko.

Tak swoją drogą to fascynujące jak bardzo otwarci są ludzie, wśród których obraca się Iwona. Tyle znajomości i tyle propozycji dostałem od Iwony o tym, że można się z kimś spotkać, o tym, że może zapytać o pracę pewną panią, o kontakty w Ameryce Południowej… Mógłbym tak wymieniać i wymieniać. Mam wrażenie, że w Polsce, kiedy chce się poprosić dalszego znajomego o przysługę to panuje powszechne przekonanie „eee… to nie wypada”. (Co do bliskich to naturalnie wygląda to tak jak tutaj doświadczam.)

Na koniec mama Janet powiedziała, że mogę wpadać na basen kiedy chcę. Nie dość, że zaprosiła osobę, której nie zna to jeszcze mogę sobie wpadać na basen kiedy chcę – i to samemu, nawet jak nie ma jej dzieci w domu.

***

Następnego dnia z samego rana znowu grzecznie prosiłem korniki, żeby się wyniosły. Poza wstrzykiwaniem bardzo przekonywującego narzędzia w formie płynu do każdej dziurki, malowałem meble specjalnym impregnatem. Poza tym było parę innych robót, które zawsze trzeba wykonać po wyjeździe lokatorów i przed przyjazdem kolejnych. W dodatku porobiłem zdjęcia mieszkania i spróbuję w przyszłym tygodniu zrobić stronę promującą ich dom w języku angielskim.

W międzyczasie korzystając z okazji, że mogłem być w części wynajmowanej popływałem w basenie i porobiłem sobie wiele filmów i zdjęć pod wodą. Nie wyszło nic ciekawego, ale przynajmniej wiem, że kamerka robi dobre zdjęcia podwodne.

DCIM100MEDIA
Nagrodę na najdebilniejsze zdjęcie wygrywam dzis… JA!

***

„O nie… a on znowu o Mszy…”. Tak. Ponieważ mam parę ciekawych rzeczy do opowiedzenia. Nie martwcie się – jak nie będzie nic ciekawego z mojego punktu widzenia to nie będę Was tym zanudzał. Tymczasem wieczorem pojechaliśmy na Mszę, ponieważ jutro z rana wyjeżdżają stąd moi rodzice.

Niestety dowiedziałem się, że poprzedniego dnia ktoś ukradł figurkę Joanny de Chantal wraz z kratami, które miały ją chronić. Ponad to we wnęce pozostały puszki po piwie. To smutne, że ludzie boją się cokolwiek złego powiedzieć na muzułmanów a miejsca święte chrześcijan sobie od tak bezczeszczą. Nie twierdzę, że zrobili to muzułmanie. Wręcz jestem pewny, że to nie byli oni. Tylko zwracam uwagę na poprawność polityczną działająca w odmienny sposób niż powinna.

IMG_20160806_203333667_HDR
. Tu była figurka. I… puszki po piwie też…

Ale mniejsza o to. Kradzieże się zdarzały i jeszcze nieraz zdarzą.

Na tej mszy zaskoczyło mnie parę rzeczy.

***

Małe dziecko, które bardzo potrzebuje pokarmu i Msza Święta. Obie rzeczy są bardzo ważne dla chrześcijanina. Co zrobić kiedy owe małe dziecko jest głodne ale jednocześnie chce się być i uczestniczyć na Mszy?

Nakarmić małego na mszy. A jak to zrobić? Z buteleczki? No nie. Nie po to kobiety mają piersi, żeby używać buteleczek i jakiegoś mleka ze sklepu. Wystarczy wyciągnąć pierś i karmić. Karmić na oczach całego Kościoła…

Nie wiem czy w Polsce ktokolwiek widział coś takiego. Ja po raz pierwszy spotkałem się z czymś takim. Zawsze wydawało mi się, że kobiety w Polsce (mimo coraz większej „swobody ciała”) trochę się wstydzą wyciągać cyca wśród obcych ludzi i karmić dzieciątko. (Może jestem zaściankowy ale takie coś widziałem tylko u cioci na urodzinach gdzie była tylko moja rodzina i jej.)

***

Kolejna rzecz pozwoliła mi poczuć się jak w książce Cejrowskiego, o której wspominałem dwa posty temu. Cała tylna „ławka”, kiedy nadszedł znak pokoju, zaczęła się tulić, przepraszać i godzić. Niektórym nawet oczy się spociły. Po prostu stanęli w kupie i tulili się wzajemnie. Piękny widok.
Ciekawe o co poszło przed mszą! I ciekawe, że co najmniej 3 rodziny były w to zaangażowane!

***

U nich na mszy ofiarę zbierają „cywile”. Dziś zbierały małe dzieci. To zabawne, bo koszyk jest większy od nich, a one dzielnie idą zbierać datki na Kościół (albo kościół bo w sumie nie wiem na co idą pieniądze z tej ofiary).

IMG_20160806_200510017
A tutaj jedna, prowadzona przez swojego dziadka (to znaczy miał siwe włosy więc strzelam, że to dziadek).

***

Po mszy ksiądz żegnał się ze wszystkimi. Normalnie stał przy wyjściu i podawał rękę wychodzącym. Świetny gest! Personalne podziękowanie za przyjście i pożegnanie się ze swoimi parafianami.

IMG_20160806_203126259
Osobiste pożegnanie się księdza z uczestnikami mszy.

Muszę przyznać, że ludzi zarówno na dzisiejszej mszy jak i na ostatniej było całkiem sporo jak na laicki kraj. Co więcej – tutaj nikt nie wychodzi wcześniej, niż koniec ostatniej pieśni. Na Gibraltarze połowa Kościoła wyszła na komunii a tutaj… Tutaj wszyscy czekają.

***

Po powrocie zostaliśmy zaproszeni na uroczystą kolację. Marek wpadł na pomysł, że zrobi coś dobrego. Już po południu przyniósł nam konfiturę, a na wieczór jeszcze zrobił nam wraz z rodzeństwem pyszną kolację. To niesamowite jak utalentowane i wszechstronnie rozwinięte są dzieci Iwony i Pierre’a.

Na kolację jedliśmy coś a’la lazanie. Ziemniaki w plasterkach, zalane mlekiem i paroma innymi składnikami, których nie pamiętam, a na górze ser. Bardzo często podawane wraz z szynką – i tym razem nie było inaczej. Do tego sałatka marchewkowa i bakłażan wraz z pomidorami a do picia schłodzone wino.

Na deser nie mogło się obyć bez lodów, jabłkowego ciasta i herbatki cytrynowej (nie robionej z cytryny ale z liści krzewu, których napar ma zbliżony smak do cytrynowego).

Czuję się rozpieszczony… Boję się wyjeżdżać, za tydzień ponieważ nieskurczony żołądek daje o sobie bardziej znać niż ten przyzwyczajony do małych ilości jedzenia.

Tymczasem zmykam spać, bo już o godzinę za długo piszę ten post, a rano trzeba wstać pożegnać po raz drugi rodziców.
(Po raz drugi ponieważ nie planowałem się z nimi spotykać przez najbliższy rok. Mój przyjazd tu, jak wiecie, nie był planowany wcześniej.)

Leave a comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *