#17 (4.10-10.10.16) Małpy postanowiły nas okraść!

Wtorek (4.10.16)

Kolejny poranek na Gibie.

Dzień rozpoczął się od rozwieszania hamaka na jachcie. Tym samym zyskałem miano załoganta z najlepszą koją (łódkowym łóżkiem) na jachcie. Dziewczyny od razu zaczęły bawić się w „jestem stonogą”. Kładły się na hamaku a następnie obracały się do góry nogami i tak wisiały. Innymi słowy zamiast leżeć na hamaku wisiały pod hamakiem. Musiałem spróbować i muszę stwierdzić, że jest to całkiem fajna pozycja.

Od paru dni, wraz z Bernie i dzieciakami, zbieraliśmy się też do biblioteki. Tego dnia nastał czas kiedy w końcu się do niej zebraliśmy. Mijając po drodze Bożenę przystanąłem na krótką rozmowę.

– Widziałeś „Dobrze Znanego Wam Polaka”?

– Nie. Wczoraj mi mówił, że ciotka kupiła mu samolot na Gran Canarie.

– A kiedy to było?

– Zaraz jak poszedłem od ciebie do La Linea.

– A mi wieczorem mówił, że złapał jakąś łódź…Ty wiesz, że „Dobrze Znanego Wam Polaka” szuka jakiś prawnik?

– Jaki prawnik? Pokazał jakąś licencję?

– Nie. Mówił, że „DWZP” ma kolegę w tarapatach i tylko on może mu pomóc, ale.. myślę, że to bujda. Przecież jak powie, że go ścigają to nikt z jego kolegów im informacji nie udzieli.

Przez następne parę dni słuch po nim zaginął… Zastanawiałem się, czy „prawnik” jest jakimś jego wrogiem i wymyślił historyjkę żeby go znaleźć i  wymierzyć jakkolwiek pojętą „sprawiedliwość ulicy”, czy może faktycznie szuka go policja (wszakże wszystkim mówi, że uciekł z więzienia) i ukrył się na jakiś czas. A może po prostu pojechał do jakiejś „panienki”, o której mówił jakiś czas temu. Nie mi to oceniać, ale według mnie sprawa z policją i jego ucieczką jest delikatnie mówiąc naciągana. „Szukają mnie tylko w Polsce” jak zwykł mawiać. To przecież bez sensu, tym bardziej, że ma Facebooka i namierzenie takiej osoby nawet z fejkowymi danymi nie powinno być trudne. Ma zdjęcia na nim, a już od wielu lat służby używały algorytmów do rozpoznawania twarzy. Ostatnimi czasy nawet trafiło to do ludu i sami możemy się bawić w takie rzeczy.

Ciastka które były przesyłane przez Australię i Nową Zelandię do Europy podczas wojny.

***

Z biblioteki wracałem w pośpiechu. Chciałem coś kupić na wieczór na spotkanie z Jankiem oraz coś na łódź. Pośpiech zniknął tak szybko jak szybko dotarłem do Bożeny, którą spotkałem w drodze powrotnej. Następnie Pośpiech postanowił, że dziś bierze wolne i spotkaliśmy jeszcze Szymona, z którym zaczęliśmy gadać. Zaprosiłem ich na wieczór na plażę, a następnie ruszyliśmy z Bożeną w stronę sklepu.

Na jachcie miałem być o 19. Ze sklepu wyleciałem o 18:56 i tym razem droga na jacht była najszybszą drogą w mojej historii. Zajęło mi to około 15 minut, podczas gdy zwykle zajmuje około 22 (w dobie zegarków atomowych trzeba być dokładnym).

– Cześć Patryk, widziałeś resztę?

– Będę się z nimi wi… – zacząłem rozmowę myśląc, że mówi o moich znajomych – aaa masz na myśli Bernie i dzieciaki a nie moich znajomych? Nie, a nie ma ich jeszcze?

Okazało się, że przyszli godzinę później. Naczyń po obiedzie też było całkiem sporo.

– Gdy Bernie wie, że ktoś zmywa, to brudzi dużo naczyń – żartował Peter. Słowa te okazały się prorocze następnego wieczoru…

W trakcie tej czynności dostałem smsa od Janka, że ma łódź! Mary Lou, do której go skierowałem przyjęła go pod swoje skrzydła. Następnego dnia miał się okrętować, a tymczasem my celebrowaliśmy wieczór do 4:30 nad ranem. Ubolewaliśmy, że Szymon nie wpadł, ale jak się okazało następnego dnia szukał nas nie tam gdzie trzeba.
Środa (5.10.16)

Długi dzień spędziłem w La Linea, gdzie zostałem ugoszczony kolejnym lunchem na Elixirze i poznałem ich nowego członka załogi. Myślałem, że będzie to Chris (ich syn) ale był to jakiś jego kolega, który zamiast mnie będzie im pomagał w podróży na Kanary.

Tego też dnia miałem w planach poszukać jakiejś bielizny bo z moich 3 bokserek zrobiła się para. Jest to o tyle uciążliwe, że zamiast prania co dwa dni, muszę robić pranie codziennie. Nawet nie wiem w jaki sposób jedne znikły, ale widocznie poczuły zew wolności i pofrunęły gdzieś na wakacje… Może prądy morskie przyniosą mi je na Karaiby?

Po nieudanych zakupach ruszyłem na miasto w nadziei, że spotkam Bożenę i tak też się stało. Poczekałem aż skończy jej się płyn z baniek po czym zacząłem uczyć ją najważniejszych węzłów. Wracając do domu zauważyłem dziewczynki bawiące się na doku przed łodzią. Gdy tylko mnie ujrzały radośnie mnie przywitały, a Bethanie biegnąc wskoczyła mi w ramiona, dokładnie tak jak w romantycznym filmie gdy para spotyka się po długich latach… Jak niewiele trzeba by dzieciaki były szczęśliwe.

„Sailing for Jesus” – taki napis miał ogromny i przepiękny jacht, który przypłynął zatankować.

Czwartek (6.10.16)

Budząc się rankiem dostałem kolejne jakże odpowiedzialne zadanie do zrobienia. Wyłączenie aktualizacji w windows 10 na komputerze, który będzie podłączony do internetu satelitarnego. Aktualizacje potrafią narobić sporo „megbajtów” i tym samym bardzo długi rachunek za połączenie satelitarne. Wtajemniczeni wiedzą, że wyłączanie aktualizacji w windows 10 nie jest kwestią zmiany jednej opcji. Wszakże Ojciec Microsoft wie najlepiej czego chcemy a czego nie. Dokładnie tak jak Ojciec Jabłko.

Po tej robocie położyłem się na hamaku i czytałem książkę Cejrowskiego (Gringo już czytam 3 może nawet 4 raz – kto by to liczył). Z błogiego nicnierobienia wyrwał mnie mój telefon.

– Cześć Patryk, Janek dał mi twój numer. Jesteśmy w marinie. Miałbyś dziś czas, żeby się spotkać?

– Jasne! Myślę, że nawet teraz. Gdzie dokładnie jesteście?

– Na początku mariny.

Znalezienie dwóch osób z plecakami stojących na środku drogi nie należało to trudnych zadań więc od razu im pomachałem. Przed wyjściem zapytałem Petera o pracę zanim wyjdę. Krótkie zadanie, które stało się przeraźliwie długie za sprawą najszybszego internetu na Gibraltarze. Nie dość, że 20 megabajtów ściąga się „tylko” pół godziny, to jeszcze przeglądarka przerwała pobieranie bo uznała, że plik jest niebezpieczny i wszystko trzeba było zacząć od nowa.

Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło: trafiłem jeszcze na lunch!

Po wszystkim zaczęło się oprowadzanie po mieście i pokazywanie węzłów oraz nazewnictwa na łodzi. (Głównie po angielsku, choć polskie nazwy dla nowicjuszy są równie abstrakcyjne. O ile Klaudia już miała okazję popływać i przeszła krótkie szkolenie, które dał jej kolega, to jej kompan w podróży jest kompletnym laikiem jeśli chodzi o żagle.)

Janek dołączył do nas gdy zbliżył się czas wieczoru. Ruszyliśmy do biblioteki pozałatwiać internetowe obowiązki. Właściwie to ja nie miałem za bardzo co do roboty, ale i tak musiałem ogarnąć drugiego One Drive’a, na którego wrzucam moje wszystkie obrazkowe wspomnienia z podróży.

Sprawa wygląda tak: na początku listopada kończy mi się darmowa roczna subskrybcja na moim koncie Microsoft. Za to na uczelnianym pozostało mi jeszcze 5 lat darmowego officea i OneDrive’a. Zamiast płacić 30 zł za miesiąc i utrzymywać moje normalne konto, w akcie bycia sknerą wolę przenieść wszystko na darmowe konto.

***

Moje spotkanie z nimi skończyło się z powodu obiadu na łodzi. Oczywiście nie mam obowiązku przybywać na obiad, ale… taka sama sytuacja jest z OneDrive’m. Mam za darmo to korzystam.

Dwójka przybyłych Polaków (Klaudia i Karol) ruszyli z Jankiem na piwo.

Po obiedzie poszedłem na rybacką ścieżkę i zastałem tam Szymona wraz z Bożeną. Długo nie pogadaliśmy gdyż wiatr skutecznie oziębiał powietrze co uniemożliwiało zagrzanie się. Noce tutaj stają się przeraźliwie zimne (no może nie tak jak w Polsce).

Piątek (7.10.16)
Poza obijaniem się miałem jeszcze dzieciaki na głowie. Właściwie to nie musiałem się nimi zajmować, ale i tak trochę się z nimi pobawiłem. Graliśmy w grę… Matematyczną grę, ponieważ robią swój szkolny materiał.

Gra polegała na losowaniu czterech kart z liczbami, a następnie ułożeniu ich w działanie matematyczne – tylko dodawanie. Za odpowiednie liczby dostawało się punkty. Np. za nieparzystą liczbę miało się 2 punkty, za liczbę którą da się podzielić przez 5 miało się 10 punktów i tak dalej.

Następnie z nadmiaru nudy umyłem po raz kolejny łódź i wziąłem się za czytanie książki. Czynność ta została przerwana przez Klaudie i Karola, którym pokazałem tablicę z ogłoszeniami w biurze mariny. Przywiesili tam swoje ogłoszenie i umawiając się na wieczór wróciliśmy do swoich obowiązków.

Czas spotkania zbliżał się wielkimi krokami, a ja nie robiąc żadnych kroków czekałem na rynku aż zbierze się ekipa. Pierwsza zawitała do nas Bożena z Szymonem. Oczekiwanie na Klaudię, Karola i Janka umilał nam widok wózka widłowego wywożącego ławki i kwiatki z rynku. Do tego całość była upiększana bardzo chłodnym wiatrem przechodzącym przez zatokę.

Wielka mglista chmura wyłaniała się zza wysokich budynków zasłaniając przy tym Algecierach. Moje marznięcie zostało przerwane przez porę obiadową na łodzi, po której wraz z rodzinką obejrzeliśmy „różową panterę”.

Komedia niespecjalnie przypadła mi do gustu. Po części dlatego, że wymawiane przez nich żarty w stylu francuskiego akcentu były dla mnie w znacznym stopniu niezrozumiałe. Sceny podobnie  zaliczyłbym do głupich aniżeli śmiesznych, ale większość komedii mnie nie śmieszy. (Taki ze mnie mały sztywniak. Po prostu zasada „tak głupie, że aż śmieszne” nie działa w moim przypadku.) W każdym razie Australijczycy bawili się doskonale. A Peter cały czas był w śmiechowych płaczkach, mimo iż nie był to jego pierwszy raz.

Wieczorne spotkanie ze znajomymi zostało urozmaicone przez „Dobrze Znanego Wam Polaka”. Właściwie tylko się przywitał i poszedł spać. Był wyjątkowo cichy jak na niego. Przepity, ale cichy głos, którego nikt prócz nas nie słyszał… (Zawsze mówi tak głośno, że słyszy go cały Gibraltar i pół La Linea.) To było doprawdy najdziwniejsze pół minuty widzenia się z nim odkąd go poznałem.
Sobota (8.10.16)

Rankiem, gdy jeszcze dobrze nie wstałem usłyszałem głos „Dobrze Znanego Wam Polaka”, krzyczącego do Petera z drugiego końca mariny:

– DZIEŃ DOBRY! – po chwili znowu dało się słyszeć jego przywitanie – DZIEŃ DOBRY! CZY JEST PATRYK!?

Zostałem zawołany przez Kapitana a moje poczucie porządku świata zostało przywrócone, kiedy po raz kolejny zdałem sobie sprawę, że cała marina słyszy co mówi „DWZP”.

– MASZ FIBREGUAR BO MI SIĘ SKOŃCZYŁA A MUSZE BAŃKI DZIŚ POROBIĆ?

Z niesmaczną miną przyniosłem mu cztery saszetki tego środka spożywczego, zastanawiając się po drodze czy dobrze robię. Wszakże Bożena też puszcza bańki, a „DWZP” urządza sobie monopol. Zrozumiałbym gdyby zbierał na coś, ale on wszystko przejada, przepija i co gorsza przepala jeszcze tego samego dnia. Jego bańkowanie zdaje się nie mieć końca. Miałem później przez pół dnia wyrzuty sumienia, ale na szczęście naklejanie literek na jacht i splatanie dyneem pozwoliły mi się ich skutecznie pozbyć.

Dyneemy to bardzo mocne liny – sam kupowałem taką do swojego hamaka, ze względu na świetny stosunek wagi do wytrzymałości. Czasem ludzie tworzą sobie oczka z tych lin, żeby móc regulować długość liny. Moje zadanie było nieco przybliżone. Różniło się tylko tym, ze robiłem stałe oczka. Za trzecim oczkiem byłem przepełniony pawią dumą, która zmuszała mnie do chwalenia się każdemu marinowemu koledze.

***

Wydawało mi się, że nic mnie już nie zdziwi na Gibie. Powrót z wieczornego spaceru zmienił moje myślenie. Na głównej drodze, między granicą a lotniskiem, stał policjant z suszarką i łapał piratów drogowych. Niby normalna czynność, z którą w Polsce spotykamy się na co dzień, mimo to tutaj wywołała zdziwienie na mojej twarzy.
Niedziela (9.10.16)

Niedziela była dla mnie dniem odpoczynku. Postanowiłem spędzić go z polskimi przyjaciółmi, którzy wybierali się na górę. Nim wyszedłem zapytałem kapitana:

– Czy będzie to dla was problem jak nie wrócę na lunch i obiad?

– No co ty. Super, wydamy mniej pieniędzy -zarzucił z uśmiechem na ustach Peter.

Ciekawy sposób na poinformowanie ludzi ze po swoim psie trzeba sprzątać.
Taki pomnik stoi przy jednych z drzwi.
Szkoda motocyklu 🙁

Czwarty raz na górze był wyjątkowo wyjątkowy ponieważ trzy poprzednie razy nie zmęczyły mnie tak jak ten jeden. Ponad to małpka ukradła nam jedzenie!

– Patryk uważaj! – krzyknął Karol i w tym samym momencie jedna małpka pociągnęła za reklamówkę wyrywając bułki, które kupiliśmy w promocji w Morrisonie (jedna paczka 89 pensów – dwie paczki 1 funt). Gdy tylko zorientowałem się co się dzieje ratowałem banany bo zaraz za tą jedną wskoczyła na poręcz druga i szarpnęła mnie za rękę. Spojrzałem jej głęboko w oczy i z bohaterską zawiścią powiedziałem:

– Pożałujecie tego!

Małpka odpowiedziała mi wzrokiem w stylu „na boisku po szkole” obserwując mnie aż nie znikłem za rogiem.

Cała sytuacja była sprytnie przeprowadzona, gdyż małpowy gang wydelegował trzy małpy, które przyszły ukraść nam jedzenie.

Gdy siedliśmy w restauracji na górze jedna niesforna małpa chciała dostać się przez drzwi do sklepu. Przeganialiśmy ją, zamykając drzwi i po 10 minutach sobie odpuściła. Odpuściła tylko wejście do restauracji, gdyż chwilę później zobaczyliśmy jak jakiś turysta pozwala jej wejść na swoje ramie i cyka sobie z nią zdjęcie. Właściwie małpa nie była zainteresowana zdjęciem więc obróciła się wielkim ogolonym tyłkiem do aparatu, otworzyła plecak turysty i zaczęła mu wyciągać drogocenne rzeczy takie jak portfel czy jedzenie. Pozostali turyści uznali to za świetną okazję do zrobienia filmu i w ciągu kilku sekund wszyscy wokoło zebrani trzymali swoje smartphony kręcąc film. Nie chciałem być gorszy więc wyciągnąłem i mój, ale niestety akcja została przerwana przez, żonę tego turysty wyrywającą portfel z ręki małpy.

Dzień dobry, witamy w naszym królestwie.
No siema, co tam?
„Nie chce umierać!”

***

Cała wędrówka tak nas zmęczyła, że schodząc z góry marzyliśmy tylko o jednym: „promocje w Morrisonie pod koniec dnia”. To świetny sposób na zarobienie minimalizując rzeczy wyrzucane do kosza. Promocji jest wiele i niektóre są zabójczo dobre. W każdym razie można kupić na przecenie bardzo dobre i bardzo tanie jedzenie na dwie godziny przed zamknięciem Morrisona. Zakupiłem więc ciastka, bułki i banana. Janek i Karol nie potrafili mi uwierzyć, że połączenie tych trzech rzeczy potrafi świetnie smakować. Miny im zrzedły gdy dałem im spróbować:

– Ej… to naprawdę jest dobre!
Poniedziałek (10.10.16)

Dzień zacząłem od wiercenia dziur na szprycbudę (taki daszek nad kokpitem), splatania dyneem oraz montowania ochrony przez rozbryzgującymi się na burcie falami. Po południu przyszła uśmiechnięta jak nigdy Bożena, której nie było z nami zeszłej nocy. Okazało się, że zapoznała się z Dawidem – portugalskim bezdomnym, ale i fantastycznym człowiekiem, który pokazał jej spokojną miejscówkę do spania.

Wyszedłem na dok i rozmawiałem z nią, po czym stwierdziłem, że idę z nią do biblioteki jak tylko skończę robotę. Peter i Bernie z lekkim uśmieszkiem odpowiedzieli mi, że nie mam nic więcej do roboty. (Pssst! Chyba myślą, że się w niej podkochuję…)

W bibliotece spotkaliśmy Karola i Karolinę. Okazało się, że za dziesięć dni wypływają na kanary z australijskim kapitanem. Ten czas Karol chce wykorzystać na szukanie pracy. Wydrukował więc swoje CV i roznosiliśmy je po okolicznych kawiarniach. Dodatkowo usłyszał od Dawida, że szukają jednej osoby do cyrku w La Linea, ale gdy dopytał tam o szczegóły dowiedział się, że szukają kogoś na rok, a nie na tydzień.

***

Gdy tylko zjadłem obiad i pomyłem naczynia ruszyłem znowu na spotkanie. Rzesza Polaków wciąż się powiększa. Czekając na promocje w Morrisonie spotkaliśmy nowego jachtostopowicza – Marcina.

Marcin próbował złapać dwa lata temu jacht, ale po dwóch miesiącach spędzonych na Gran Canarii poddał się.

Za to promocje w Morrisonie nie poddają się nigdy – szczególnie wieczorem.

– Czekajcie, na pewno drugi raz przecenią – mówił radosny Karol wskazując na smażone ziemniaki przecenione z 4 funtów na 89 pensów.

– Nie wygłupiaj się stary. Przecież już i tak mocno przecenili – mówiłem z niedowierzaniem.

– Zaufaj mi!

Zaufałem i w taki sposób porcję ziemniaków dla 3 osób kupiliśmy za 45 pensów. Innego dnia dorwał cały pojemnik z kanapkami za 2 funty lub jakieś dobre danie za 9 pensów.

Leave a comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *